Start Kategoria SARS-CoV-2/COVID-19

SARS-CoV-2/COVID-19

Może wstąpisz do jedynego w Polsce takiego ZESPOŁU?

To Medyczny Zespół Ratunkowy Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Poszerza skład. Mile widziani nie tylko lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni. Także goprowcy, woprowcy i strażacy. W Zespole pracuje się na zasadach wolontariatu.

Rekrutacja wolontariuszy do tej elitarnej grupy jest kilkuetapowa. Medyczny Zespół Ratunkowy PCPM. Członkowie Zespołu dziś wspierają swoje macierzyste placówki oraz szpitale tymczasowe w całej Polsce, ale rok temu bez wahania ruszyli wspomóc swoich włoskich kolegów w Brescii w szczycie pandemii na południu Europy.

Medyczny Zespół Ratunkowy PCPM jest jednym z 30 certyfikowanych przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) zespołów medycznych w ramach systemu Emergency Medical Teams.

– Do roku 2020 nasze przygotowania skupiały się na pomocy ofiarom nagłych katastrof, takich jak trzęsienia ziemi. Od marca 2020 roku jesteśmy jednak jednym z najbardziej aktywnych zespołów medycznych, działających pod egidą WHO w odpowiedzi na pandemię COVID-19. Od stycznia 2021 roku możemy także realizować misje pod auspicjami Unii Europejskiej, zaś potrzeby na wsparcie polskich specjalistów jest ogromne. Tylko od stycznia 2021 roku dostaliśmy zaproszenie do wsparcia szpitali aż ośmiu państwach w zakresie walki z pandemią COVID-19. Współpraca z Medycznym Zespołem Ratunkowym PCPM również szansa na zdobycie unikalnego doświadczenia, niedostępnego w żadnych medycznych publikacjach, także w trudnych warunkach terenowych  – argumentuje dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji PCPM.

Ok. 20-osobowy zespół interwencyjny może działać poza granicami Polski, przy zachowaniu samowystarczalności, do czterech tygodni. MZR PCPM do akcji udaje się z własnymi namiotami szpitalnymi, z zapasem niezbędnych (w zależności od rodzaju prowadzonej akcji) medykamentów dla 1,4 tys. pacjentów, systemami oczyszczania wody, produkcji energii itp. W sumie udaje się z pomocą, transportując z sobą do 5 t sprzętu, wyposażenia, żywności, leków itd.

 

 

Majówka w domu, dzieci mogą iść do przedszkola

Fot.:SR WPR

I można będzie przybliżać maluchom zasady udzielania pierwszej pomocy.

Sytuacja pandemiczna jest taka, że rząd postanowił przedłużyć aktualnie obowiązujące ograniczenia sanitarne o tydzień, do 25 kwietnia. Do 3 maja włącznie będą zamknięte hotele, hostele, pensjonaty itp.

Minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiedział podczas konferencji prasowej (14 kwietnia), że od najbliższego poniedziałku (19 kwietnia) otwarte zostaną żłobki i przedszkola. Tę decyzję resort podjął po wskazaniach Rady Medycznej przy premierze. W opinii ekspertów doradzających rządowi zakażenia w najmłodszej grupie stanowią ok. 1 proc. wszystkich zakażeń koronawirusem SARS-CoV-2 w Polsce. Liczby zakażeń w tej grupie wzrastały równolegle do fali epidemii, a nie ją wyprzedzały, czy napędzały – podała PAP członkini Rady, prof. Magdalena Marczyńska, zakaźnik, specjalistka w dziedzinie chorób zakaźnych u dzieci.

Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że w środę przybyło 33 906 zarażonych SARS-CoV-2, tj. o 713 mniej niż dzień wcześniej. Respiratory były stosowane u 3457, najciężej chorych, pacjentów. Mniej 56, jak we wtorek. Dla pacjentów z COVID-19 przygotowane jest 45843 łóżek i 4506 respiratorów. Minister Niedzielski podkreślił, że obostrzenia przedłużono z uwagi na wzrost hospitalizacji z powodu COVID-19.

W środę obłożenie łóżek w szpitalach i oddziałach covidowych wynosiło 75 proc., a respiratorów było nieco nieco wyższe – podkreślił minister Niedzielski. – To apogeum trzeciej fali, jeśli chodzi o liczbę zachorowań.

By uniknąć/zminimalizować majówkową migrację narodu, do 3 maja włącznie nadal będą zamknięte hotele. Będzie można uprawiać sporty na tzw. otwartym powietrzu, ale w grupach do 25 osób.

Na tzw. froncie szczepień przeciw COVID-19, czyli realizacji Narodowego Programu Szczepień, sytuacja wygląda, według tego, że minister zdrowia skomentował doniesienia dotyczące wstrzymania szczepień w USA preparatem Johnson&Johnson po tym, jak odnotowano sześć przypadków zaburzenia krzepnięcia, które pojawiły się po podaniu szczepionki.

– To niesłychanie rzadkie zjawisko. Wnikliwe analizujemy informacje. Opieramy się na podejściu Europejskiej Agencji Leków i zgodnie z nim będziemy podchodzić do szczepień tym preparatem – oświadczył Adam Niedzielski.

Z nowości szczepionkowych: członkowie kadry narodowej polskich związków sportowych w sportach olimpijskich, zawodnicy przygotowujący się do igrzysk olimpijskich, igrzysk paraolimpijskich lub igrzysk głuchych będą zaszczepieni w ramach etapu I Narodowego Programu Szczepień.

 

Burzy po szczepionce nie będzie – cytokinowej

Fot.:SZB

Pełną ochronę przed COVID-19 uzyskuje się 1-2 tygodnie po podaniu drugiej dawki...

Nie daj się nabrać na krążący w sieci mit, że po szczepieniu przeciw COVID-19 szczepionką mRNA wzrasta ryzyko COVID-19 przebiegającego z tzw. burzą cytokinową. Istotnie, jest możliwe złapanie koronawirusa po szczepieniu, ale ryzyko jest naprawdę niewielkie, a zaszczepione osoby są dobrze chronione przed ciężkim COVID-19, zatem i burzą cytokinową. Są już na to dowody.

Tzw. burza cytokinowa to gwałtowna reakcja układu odpornościowego, który wydziela bardzo wysokie stężenia substancji prozapalnych doprowadzając do rozległego stanu zapalnego przypominającego wstrząs septyczny. Stan ten jest zagrożeniem życia i może doprowadzić do uszkodzenia zarówno tkanek, jak i organów. Zdarza się, że dochodzi do niego w ciężkim przebiegu COVID-19.

Specjaliści oceniają, że burza cytokinowa jest, po rozległym zniszczeniu płuc, drugą najczęstszą przyczyną śmierci z powodu COVID-19.

W sieci krąży nieprawdziwa i szkodliwa „wiadomość”, że szczepionki mRNA genetycznie modyfikują komórki organizmu do produkcji białka kolca koronawirusa, wskutek czego układ odpornościowy w razie zetknięcia się z koronawirusem zareaguje burzą cytokinową. To bzdura.

Prof. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku podkreśla: „mRNA nie modyfikuje genetycznie komórki”. Nie ma takiej możliwości, bowiem nie działa w jądrze komórkowym, jest generalnie nietrwałe, nie ma możliwości wniknięcia do naszego genomu.

– mRNA ze szczepionki jest wzorem do wyprodukowania określonej liczby białek kolca wirusa (białko S – od słowa „spike” oznaczającego w języku angielskim „kolec”, za pomocą którego koronawirus wnika do błony śluzowej gospodarza – przyp. red.), po czym się rozpada, zaś białka stają się wzorem do produkcji przeciwciał i komórek cytotoksycznych. Po czym też są niszczone. Dzięki temu, jeśli po szczepieniu koronawirus wniknie do naszego organizmu, spotyka się z gotowymi, „czekającymi” już na niego przeciwciałami neutralizującymi, które - jak sama nazwa wskazuje - neutralizują i nie pozwalają wirusowi się namnażać, oraz komórkami cytotoksycznymi, zabijającymi wirusa – wyjaśnia ekspertka.

Szczepionki mRNA przeciw COVID-19
– przypomnijmy – dostarczają do komórek ludzkich instrukcję - zawartą w postaci cząsteczki mRNA - w jaki sposób mają one wyprodukować białko S (tzw. białko kolca), jedno z wielu białek wirusa, które jest kluczowe o tyle, że za jego pomocą wirus jest w stanie zakazić człowieka i doprowadzić do choroby. Instrukcja ta dociera do bardzo ograniczonej liczby komórek, przede wszystkim mięśniowych. Po wyprodukowaniu białka S, cząsteczka mRNA ulega degradacji, nie replikuje się i nie upowszechnia w organizmie.

– Podobnie i wyprodukowane białko nie ma zdolności „samoreplikacyjnych”, nie tworzy swoich kopii po pierwotnej produkcji w komórce. W praktyce, wyprodukowane przez nieliczną populację komórek białko S jest prezentowane na ich powierzchni w celu szkolenia układu odporności pod względem produkcji swoistych przeciwciał i odpowiedzi komórkowej. Ostatecznie, komórki prezentujące białko S zostają usunięte przez komórki układu immunologicznego. Procesy te mają charakter krótkotrwały i lokalny, a nie systemowy – dodaje dr hab. Piotr Rzymski, biolog medyczny z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Czy zaszczepiony może zachorować?
Eksperci podkreślają, że nie ma żadnych dowodów, by podanie szczepionki mRNA przeciw COVID prowadziło do tzw. burzy cytokinowej. Zjawiska takiego nie zaobserwowano ani w badaniach klinicznych, w których udział brały dziesiątki tysięcy uczestników, ani obecnie, gdy szczepionki te zostały podane już milionom osób.

Kiedy odporność po szczepieniu? Już pierwsza dawka szczepionki chroni w pewnym stopniu przed zakażeniem, jednak niewystarczającym. Pamiętaj, że pełną ochronę przed COVID-19 uzyskuje się 1-2 tygodnie po podaniu drugiej dawki.

– Wręcz przeciwnie, dowody naukowe wskazują jednoznacznie, że szczepionki przeciw COVID-19 chronią przed ciężkim przebiegiem zakażenia, a poziom wiremii jest istotnie niższy u osób zaszczepionych, u których mimo wszystko do zakażenia dojdzie. To już naprawdę wspaniała informacja – wskazuje bowiem, że szczepienie najprawdopodobniej prowadzi do przecinania łańcuchów szerzenia się zakażenia. Po podaniu szczepionek nie obserwowano, zarówno w eksperymentach z udziałem zwierząt, badaniach klinicznych i obecnie w trakcie masowego szczepienia, burzy cytokinowej. W przypadku autoryzowanych szczepionek przeciw COVID-19 nie odnotowano również występowania zjawiska tzw. wzmocnienia infekcji zależnej od przeciwciał (ADE, ang. antibody-dependent enhancement), które polega na tym, że niektóre z wytworzonych przeciwciał przeciwko wybranym wirusom zamiast go zwalczać, pomagają mu infekować komórki, co również może wywołać burzę cytokinową – podkreśla specjalista.

Z każdym tygodniem przybywa
badań, zarówno obserwacyjnych, jak i randomizowanych z podwójnie zaślepioną próbą, na temat skuteczności szczepień. Jedno z ostatnich ukazało się w marcu tego roku w czasopiśmie „Morbidity and Mortality Weekly Report”, a w języku polskim opracował je portal Medycyna Praktyczna.

Dotyczyło skuteczności szczepionek mRNA przeciwko COVID-19 przede wszystkim wśród pracowników amerykańskiej służby zdrowia, służb ratunkowych czy nauczycieli, a zatem tych osób, które mają styczność z wieloma osobami i są szczególnie narażone na zakażenie koronawirusem. Zakwalifikowano tylko te osoby, które ani w momencie kwalifikacji do badania, ani w przeszłości nie przeszły zakażenia SARS-CoV-2. Obserwowano łącznie niemal 4 tys. osób z ośmiu stanów, przy czym 75 proc. z nich było przynajmniej po jednej dawce szczepionki. W przeważającej większości były to szczepionki mRNA (prawie 63 proc. zaszczepionych było szczepionką Pfizera, zaś prawie 30 proc. – Moderny).

Wszyscy uczestnicy badania
– niezaszczepieni, zaszczepieni oraz częściowo zaszczepieni – byli rutynowo co tydzień testowani testami genetycznymi oraz dodatkowo wtedy, gdy wystąpiły jakiekolwiek objawy zakażenia SARS-CoV-2.

Z prawie 4 tys. osób w ciągu trzech miesięcy obserwacji zakażenie SARS-CoV-2 potwierdzono u 205. Wśród osób częściowo zaszczepionych, tj. które otrzymały tylko 1 dawkę szczepionki przez cały okres badania lub były przed podaniem drugiej dawki, potwierdzono jedynie osiem zakażeń SARS-CoV-2. Nie trzeba chyba dodawać, że nie przechodziły zakażenia ciężko, zatem nie było mowy o burzy cytokinowej.

Autorzy badania potwierdzili tym samym, że szczepionki mRNA bardzo dobrze chroniły uczestników badania przed zakażeniem SARS-CoV-2 i ciężkim przebiegiem COVID-19 (a zatem i burzą cytokinową). Istotne w tym badaniu było to, że uczestnikami były te osoby, które są szczególnie narażone na możliwość „złapania” COVID-19. Warto też pamiętać, że w Polsce obecnie do szpitali trafiają osoby, które nie zostały zaszczepione jakąkolwiek szczepionką przeciw tej chorobie. Każda dostępna na rynku pozwoli uniknąć ciężkiego COVID-19.

 

Źródła:
Opracowanie M. Ściubisz artykułu naukowego z Morbidity and Mortality Weekly Report na portalu mp.pl. Artykuł został zrealizowany w ramach projektu edukacyjnego „Science will win”, którego mecenasem jest firma Pfizer.

 

Na „parkinsona” chorują nie tylko ludzie w zaawansowanym wieku!

– Minęły już czasy, kiedy Parkinson był problemem ludzi starszych. Najmłodszy chory, z którym rozmawiałem, miał pierwsze objawy w wieku 16 lat – mówi wiceprezes Fundacji Chorób Mózgu Wojciech Machajek. Pandemia znacząco opóźnia diagnostykę i leczenie.

Chorobę Parkinsona, na którą cierpi w Polsce ok. 100 tys. osób, diagnozuje się coraz częściej i u coraz młodszych. W ostatnich latach poprawił się dostęp do leczenia zaawansowanego stadium choroby, a w ramach dwóch programów lekowych pacjenci mają dostęp do nowoczesnych terapii infuzyjnych. Kluczowe znaczenie dla sprawności chorych ma jednak wczesne rozpoznanie i wdrożenie leczenia, co ostatnio utrudnia pandemia.

– Choroba Parkinsona jest chorobą trudną, obejmującą całe ciało i wszystkie mięśnie: aparat mowy, przełykanie, ręce i nogi, układ wydalniczy, moczowy i trawienny. Choroba przychodzi do człowieka jak złodziej – powoli i stopniowo wykrada to, co najlepsze, czyli sprawność, uśmiech, zdolność logicznego myślenia. To jest naprawdę bardzo przykre, zwłaszcza dla opiekunów, którzy patrzą, jak ta choroba zabiera najbliższą osobę – podkreśla agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Machajek, wiceprezes Fundacji Chorób Mózgu.

Na całym świecie co roku 11 kwietnia obchodzony jest Światowy Dzień Choroby Parkinsona, którego symbolem jest czerwony tulipan. Szacuje się, że w Polsce cierpi na nią ok. 100 tys. pacjentów. Statystycznie na tę neurodegeneracyjną chorobę częściej cierpią mężczyźni niż kobiety, a ryzyko zachorowania rośnie wraz z wiekiem. Najczęściej diagnozuje się ją między 50. a 60. rokiem życia, ale dotyka ona również osoby, które nie ukończyły nawet 20. roku życia (parkinsonizm młodzieńczy).

– Minęły już czasy, kiedy mówiło się że choroba Parkinsona to jest problem ludzi starszych. Najmłodszy chory, z którym rozmawiałem, miał pierwsze objawy w wieku 16 lat. Zdiagnozowano go w wieku 19, a stymulator DBS wszczepiono kiedy miał 24 lata. U mojej żony chorobę Parkinsona zdiagnozowano w wieku 44 lat. Ta choroba zdecydowanie częściej niż kiedyś dotyka ludzi młodych – mówi Wojciech Machajek.

Chorobę Parkinsona po raz pierwszy opisano ponad dwa wieki temu, ale jej przyczyny nie są znane do dziś. Wśród możliwych powodów rozważa się m.in. czynniki genetyczne i środowiskowe, stres oksydacyjny albo przebyte infekcje. W przebiegu choroby dochodzi do uszkodzenia i obumierania w mózgu neuronów produkujących dopaminę. Jest ona jednym z najważniejszych neuroprzekaźników, które umożliwiają przesyłanie między komórkami nerwowymi sygnałów odpowiedzialnych np. za pracę mięśni i koordynację ruchową.

W miarę rozwoju choroby Parkinsona zdecydowanie pogarsza się jakość życia. Kiedy zmiany w mózgu są coraz poważniejsze, objawy przybierają na sile i pojawiają się m.in. zaburzenia chodu, równowagi, trudności z wykonywaniem codziennych czynności, takich jak mycie się, ubieranie i spożywanie posiłków, a także zaburzenia mimiki i spowolnienie mowy, która staje się monotonna. W zaawansowanym stadium chory spędza większość czasu w łóżku albo na wózku inwalidzkim i wymaga nieustannej pomocy opiekuna.

Choroby Parkinsona nie da się wyleczyć, można jedynie opóźnić jej postęp, łagodzić objawy i jak najdłużej utrzymywać samodzielność i sprawność chorego. W tym celu niezbędne jest jednak wczesne rozpoznanie i jak najszybsze wdrożenie leczenia, które opiera się głównie na uzupełnieniu niedoborów dopaminy. Podstawowym lekiem jest lewodopa będąca aminokwasem, który w mózgu zamienia się właśnie w dopaminę. Ponadto stosowane są też leki hamujące rozkład dopaminy, jak np. rasagilina. W ostatnich kilku latach szansą dla pacjentów z zaawansowaną chorobą Parkinsona są również nowoczesne terapie infuzyjne, w Polsce refundowane w ramach programów lekowych.

– Terapie infuzyjne polegają na tym, że omijamy przewód pokarmowy, który jest newralgicznym miejscem w chorobie Parkinsona i powoduje, że leki nie działają, nie są wchłaniane z jelita cienkiego. Dlatego stworzono postać lewodopy zawieszoną w żelu, którą można spakować w kasetkę i podłączyć do zewnętrznej pompy przez zgłębnik, przeprowadzony przez powłoki brzuszne. Jego końcówka znajduje się w jelicie, gdzie ten lek się wchłania. Tą metodą w badaniach klinicznych uzyskano aż cztery godziny dodatkowej aktywności pacjentów w ciągu dnia – mówi prof. Jarosław Sławek.

Powyższa terapia wymaga założenia cewnika do jelita cienkiego, a więc jest metodą inwazyjną. W pierwszych miesiącach leczenia wskazana jest kontrola dawki leku, która powinna być przeprowadzona przez lekarza i pielęgniarkę.

Druga z metod – prostsza i mniej inwazyjna – polega na podawaniu podskórnie apomorfiny.

– To już jest inny lek, z innej grupy, a terapia jest przeznaczona raczej dla młodszych chorych z racji profilu działania tego leku i działań niepożądanych. W tej metodzie też omijamy przewód pokarmowy. Podajemy podskórny wlew, a lek wchłania się z tkanki podskórnej do krwiobiegu i przechodzi do mózgu – wyjaśnia prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Wojciech Machajek wskazuje, że Polska była jednym z ostatnich krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w której chorzy na Parkinsona zyskali dostęp do terapii infuzyjnych.

W Polsce jest w tej chwili dziewięć ośrodków, które prowadzą terapie infuzyjne dla pacjentów z zaawansowaną chorobą Parkinsona.

– Generalnie nie mamy ograniczeń związanych z kontraktowaniem z Narodowego Funduszu Zdrowia. Mamy natomiast ograniczenia dotyczące wydolności tych ośrodków i dostępu do nich chorych. Próbujemy to poprawić, ale okres pandemii COVID-19 nam to utrudnił. Przez długi czas ośrodki nie przyjmowały chorych na planowane zabiegi, a niektóre z nich stały się szpitalami covidowymi i zawiesiły całkowicie taką działalność – mówi prof. Sławek.

– Obecnie w Polsce powstają kolejne ośrodki prowadzące terapie infuzyjne. Przygotowujemy się np. do otwarcia takiego ośrodka w Sandomierzu, który obejmowałby województwo świętokrzyskie. Z kolei na Śląsku, gdzie mieszka ok. 4,5 mln ludzi, potrzeby są naprawdę wielkie, a tam jest tylko jeden ośrodek w Katowicach. Staramy się także o uruchomienie kolejnego w Gliwicach i Sosnowcu – dodaje Wojciech Machajek.

W zaawansowanym stadium choroby poza terapiami infuzyjnymi stosuje się również DBS, czyli głęboką stymulację mózgu.

– Jest to neurochirurgiczny zabieg, który polega na tym, że do mózgu wprowadza się dwie elektrody, kabelki, które biegną pod skórą do stymulatora na piersi. Płynący przez nie prąd po prostu wspomaga pracę mózgu – wyjaśnia Wojciech Machajek.

Problem z jakim mierzą się osoby, u których podejrzewa się chorobę Parkinsona lub jej zaawansowane stadium, to m.in. długi czas oczekiwania na konsultację ze specjalistą neurologiem.

– W Polsce na poradę w poradni neurologicznej czeka się przeciętnie trzy miesiące, a w ośrodkach wysokospecjalistycznych nawet pół roku lub rok. Chcemy skrócić tę ścieżkę, bo pacjenci z chorobą Parkinsona nie mają tyle czasu. Zwłaszcza w zaawansowanym stadium mogą zdarzyć się w tym czasie np. upadki i złamania. Wiemy z brytyjskich badań, że chorzy z chorobą Parkinsona pięciokrotnie częściej niż ich zdrowi rówieśnicy łamią sobie szyjkę kości udowej. To często powoduje, że później nie są już w stanie wrócić do normalnej sprawności – mówi prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, specjalista neurolog, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. – Aby tego uniknąć, powinniśmy dać chorym szansę na szybsze wdrożenie efektywnego leczenia. Wszystkie dostępne w tej chwili metody są bardzo skuteczne, mimo że drogie i reglamentowane.

W Polsce każdego roku o zdiagnozowaniu choroby Parkinsona dowiaduje się ok. 8 tys. osób.

 

Centrum powołało Drużynę Kapitana Ozdrowieńca, dołącz do niej

Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Katowicach (RCKiK) zachęca wszystkich ozdrowieńców do oddawania osocza. Robi to w nietypowy sposób, powołując do życia superbohatera – Kapitana Ozdrowieńca.

Akcja Drużyna Kapitana Ozdrowieńca zmierza do zaangażowania krwiodawców do zainteresowania się tematyką osocza ozdrowieńców, które może ratować zdrowie chorych zarażonych koronawirusem. Dlaczego potrzebne jest osocze ozdrowieńców i dlaczego ich zaangażowanie jest ważne?

Wirus jest dla organizmu antygenem. Organizm zwalcza go, wytwarzając przeciwciała. Kiedy osłabiony jest układ odpornościowy, na przykład w wyniku ciężkiego przebiegu choroby, można mu pomóc podaniem gotowych przeciwciał, które znajdują się w osoczu ozdrowieńców.

– Niestety epidemia nie zwalnia, a zapotrzebowanie na osocze jest olbrzymie i zgromadzone do tej pory zapasy kurczą się – informuje dr n. med. Stanisław Dyląg, dyrektor RCKiK.

W połowie marca trzeba było dostarczyć szpitalom dziennie 8 litrów osocza. Teraz trzeba dwa razy więcej. Dawka osocza pobrana od ozdrowieńca wystarczy dla trzech chorych na COVID-19. Do końca marca do RCKiK zgłosiło się ok. 4 tys. ozdrowieńców. Oddali ok. 800 l osocza.

Teraz zapotrzebowanie jest większe, więc dlatego Centrum zwraca się z prośbą do krwiodawców:

„Apelujemy do ozdrowieńców, żeby zgłosili się do nas i oddali osocze. Czekamy na Was!”.

Kim jest ozdrowieniec? Za takiego uznaje się kogoś, kto przechorował COVID-19 i test PCR na obecność SARS-CoV-2 dał pozytywny wynik. Musi upłynąć minimum 14 dni od pełnego ustąpienia objawów lub zakończenia izolacji i po zakończonym leczeniu. Ozdrowieńcem jest też osoba po bezobjawowym zakażeniu koronawirusem SARS-CoV-2 z pozytywnym wynikiem badania na obecność przeciwciał anty-SARS-CoV-2 po upływie minimum 14 dni od uzyskania pozytywnego wyniku badania.

Czy pobieranie/oddawanie osocza boli? Nie. Osocze pobierane jest metodą plazmaferezy – pobierana z żyły krew jest rozdzielana na osocze, które jest zatrzymywane oraz na pozostałe elementy krwi, które są zwrotnie przetaczane do tej samej żyły. Jest to metoda bezbolesna i całkowicie bezpieczna! Procedura trwa ok. 30-40 minut, a jednorazowo pobierane jest maksymalnie 650 ml osocza.

Wszystkie techniczne informacje podaje podaje strona internetowa osocze-covid.pl. Jest tam m.in. ankieta kwalifikacyjna dla dawców osocza. Po jej wypełnieniu wszystko będzie jasne. W razie wątpliwości RCKiK zaprasza do kontaktu telefonicznego. Infolinia czynna 726 227 229 jest od poniedziałku do piątku, w godz. 7.30 – 14.30.

Będzie kontrola przestrzegania rygorów sanitarnych

Fot.:pixabay

Na pracodawcy ciąży obowiązek BHP.

Jak ustalił serwis Prawo.pl, w fabrykach pojawiła się od niedawna dodatkowa służba BHP, której zadaniem jest sprawdzanie, czy pracownicy przestrzegają obostrzeń wprowadzonych przez pracodawcę w związku z pandemią. Opornym grożą sankcje w postaci mandatu, nagany, a nawet zwolnienia z pracy.

Według cytowanego przez serwis adwokata dr Liwiusza Laska, byłego przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy, pełnomocnika Związku Metalowców i Hutników, pracodawcy boją się przestojów w zakładzie pracy na skutek stwierdzonego zakażenia COVID-19, bo wtedy straty można liczyć w miliony złotych.

Jak podaje Prawo.pl nakazy określonych zachowań wprowadzone zostały w procedurach określonych w prawie zakładowym. Tym, którzy zostaną złapani na gorącym uczynku, czyli np. zdjętej maseczce, braku okularów ochronnych lub rękawic, grożą mandaty.

Każdy przypadek niesubordynacji to mandat, a dwa-trzy mandaty to upomnienie lub nagana. Kolejne naruszenie, jako przejaw lekceważenia obostrzeń wprowadzonych przez pracodawcę może skończyć się zwolnieniem z pracy, nawet dyscyplinarnym, za rażące naruszenie obowiązujących zasad bezpieczeństwa i higieny. Łamanie przyjętych procedur dla pracownika przekłada się też na pieniądze, bo może oznaczać niższą premię albo wręcz jej brak.

Czy pracownicy muszą nosić maseczki?

Zdaniem cytowanego przez Prawo.pl Tomasza Klemta, radcy prawnego, właściciela kancelarii prawnej, wątpliwości ucięło rozporządzenie Rady Ministrów z lutego 2021 roku: rząd nakazał zakrywanie, przy pomocy maseczki, ust i nosa w miejscach ogólnodostępnych, w tym w zakładach pracy, jeżeli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba, chyba że pracodawca postanowi inaczej.

– Przepis oznacza, że to na pracodawcy ciąży obowiązek BHP i musi zapewnić pracownikom nieodpłatnie środki ochrony indywidualnej – dodaje ekspert.

Jak tłumaczy Wojciech Bigaj, radca prawny BKB Baran Książek Bigaj, z prawnego punktu widzenia do kar możemy zaliczyć wyłącznie kary porządkowe przewidziane w Kodeksie pracy, a więc karę upomnienia, nagany lub karę pieniężną. Z kolei rozwiązanie umowy o pracę, w szczególności rozwiązanie umowy o pracę za wypowiedzeniem jest zwykłym, podstawowym sposobem rozwiązywania umów o pracę.

– Jeżeli więc wzajemna współpraca się nie układa, pracownik narusza obowiązującą organizację i porządek w procesie pracy, pomimo ukarania powtarza naganne zachowania, to pracodawca ma pełne prawo do podjęcia takiej decyzji – ocenia mec. Wojciech Bigaj.

 

Szpital covidowy w Jastrzębiu-Zdroju otrzymał niemałe wsparcie

Fot.:Tomasz Żak/UMWŚ

Aktualnie do szpitala są przyjmowani wyłącznie pacjenci covidowi.

Samorząd województwa śląskiego, jak może, tak wspiera jednostki ochrony zdrowia. Monitorujemy sytuację związaną z pandemią koronawirusa i reagujemy na bieżąco na potrzeby naszych placówek. Na wsparcie służby zdrowia w regionie przeznaczyliśmy prawie 300 mln zł, ze środków pochodzących z Unii Europejskiej, budżetu państwa i budżetu województwa – podkreśla marszałek śląski Jakub Chełstowski.

Zobaczmy, jak materializuje się to wsparcie w konkretnym przypadku, Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego Nr 2 w Jastrzębiu-Zdroju. Dziś ta lecznica udziela pomocy pacjentom chorującym na COVID-19.

Powstało 127 miejsc, w tym 10 łóżek dla dzieci, a do szpitala są przyjmowani wyłącznie pacjenci covidowi.

W pierwszym epidemicznym roku 2020 do „dwójki” z budżetu województwa przekazano 1,2 mln zł. Dzięki temu wsparciu:

• kupiono aparat RTG z ramieniem C dla potrzeb Bloku Operacyjnego-Oddziału Chirurgii Urazowej-Ortopedycznej (264 tys. zł),
• wymieniono odcinek kanalizacji, zabudowano nową studnię kanalizacyjną (46,5 tys. zł),
• przeprowadzono modernizację dźwigów osobowo-towarowych w bloku łóżkowym (60 tys. zł),
• zbudowano instalację wysoko sprawnej kogeneracji w ramach RPO WSL 2014-2020 (wkład własny do projektu wyniósł 196 tys. zł),
• poprawiono efektywność energetyczną infrastruktury w ramach RPO WSL na lata 2014-2020 (wkład własny do projektu wyniósł 319 tys. zł).

Szpital otrzymał również wsparcie „na działania zmierzające do ograniczenia epidemii wywołanej przez SARS-CoV-2 i skutecznego leczenia zainfekowanych koronawirusem” w ramach środków unijnych RPO WSL. Całkowita wartość projektu to 7,6 mln zł, z czego prawie 6,5 mln zł to środki pochodzące z Unii Europejskiej.

Za te pieniądze powstało m.in. 18 stanowisk intensywnej opieki medycznej dla pacjentów zainfekowanych koronawirusem w dwóch wydzielonych strefach z wejściem przez śluzę, wyposażonych w urządzenia i sprzęt medyczny (m.in. respiratory, kardiomonitory, wózki reanimacyjne, defibrylatory, pompy infuzyjne, przewoźne aparaty EKG, RTG). W ramach projektu także Centralna Sterylizatornia Szpitala została wyposażona w urządzenia do mycia i dezynfekcji narzędzi. Zakupione zostały również środki dezynfekcyjne.

Podkreślić należy, że łącznie na działania związane z walką z pandemią COVID-19 przeznaczono w regionie blisko 300 mln zł. Większość z tych środków pochodzi z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i Europejskiego Funduszu Społecznego.

 

Rozruszać zasiedziałych w onlinowej szkole – dla ich zdrowia!

Fot.:WPR

Gdyby bieżnie nie były z tartanu, to już dawno zarosłyby trawą.

Zajęcia z WF w domu – skok w dal na dywanie, albo pływanie na sucho. Zakaz poruszania się małoletnich. Zamknięte place zabaw i ćwiczeń. Szkoła w ekranie komputera. Itp. Itd. Obostrzenia pandemiczne skutkowały ograniczeniami, prawie wyzerowaniem, aktywności fizycznej dzieci i młodzieży. – Ich kondycja spada systematycznie od 20 lat, a pandemia jeszcze pogłębiła ten problem – przestrzega prof. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.

Warszawska AWF, wspólnie z resortem edukacji, uruchomiła właśnie program, który ma pomóc uczniom w powrocie do aktywności. Projekt „Aktywny powrót do szkoły” realizują wykładowcy z Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie we współpracy z uczelniami z Gdańska, Poznania, Wrocławia, Katowic i Krakowa. W ramach szkolenia nauczycieli wychowania fizycznego w całym kraju odbędzie się 420 sesji szkoleniowych.

W pierwszym etapie nauczyciele WF-u otrzymają wskazówki, jak pracować z dziećmi po COVID-19 i jak motywować ich do sportu po tak długim okresie nauki zdalnej i zamknięcia w domach. Drugi etap przewiduje stworzenie Sport Klubów, czyli dodatkowych aktywnych zajęć dla uczniów, które będą wdrażane od września.

– Chcemy wyposażyć nauczycieli w dodatkowe narzędzia związane z umiejętnością prowadzenia zajęć prozdrowotnych, które mają poprawić kondycję fizyczną dzieci i młodzieży szkolnej, zarówno klas 1–3, 4–8, jak i szkół średnich. Będziemy przekazywać im pewne wskazówki dotyczące psychologii oraz motywacji, aby mogli skutecznie zachęcać całą rzeszę dzieci i młodzieży szkolnej, która jest obecnie objęta nauczaniem zdalnym, do regularnej aktywności fizycznej po pandemii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Przykładowe tematy szkoleń planowanych w ramach pierwszego etapu projektu to:
• metody przeciwdziałania skutkom hipokinezji, izolacji społecznej,
• konsekwencje psychiczne nauczania zdalnego,
• metody wzbudzania motywacji na zajęciach ruchowych,
• budowanie relacji w grupie rówieśniczej, metody pokonywania barier aktywności fizycznej lub metodyczne przykłady dobrego działania.

Realizatorzy projektu chcą uniknąć szkoleń online, więc próbują jak najbardziej opóźnić część szkoleniową przeznaczoną dla nauczycieli. Prawdopodobnie rozpocznie się ona w maju, jeśli będzie zielone światło od Rady Ministrów, bo obecnie rozporządzenia nie pozwalają na przeprowadzanie szkoleń dla kilkudziesięciu osób.

– Wiem, że nauczyciele już czekają na te szkolenia, ale uruchomimy je po trzeciej fali pandemii – zapowiada rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Jak podkreśla, nauczyciele wychowania fizycznego to dobrzy specjaliści, którzy umieją pracować z dziećmi, jednak potrzebują dodatkowej wiedzy na okres popandemiczny.

Po ukończeniu szkolenia uczestnicy będą mieli możliwość ubiegania się o pieniądze dla szkoły na sportowe zajęcia dodatkowe dla uczniów. Te będą drugą fazą programu – Sport Kluby mają ruszyć we wrześniu. Będą to dodatkowe zajęcia pozaszkolne, poza zajęciami wychowania fizycznego, które mają zaoferować uczniom konkretne aktywności fizyczne ukierunkowane na zdrowie. Ich celem jest powrót uczniów do poziomu aktywności fizycznej sprzed pandemii.

– SKS-y są ukierunkowane na młodzież uzdolnioną sportowo, a my chcemy zmotywować do działania te dzieci, które do tej pory nie wykazywały chęci do regularnej aktywności fizycznej. Nauczyciele mają pokazać im, że regularna aktywność fizyczna jest w stanie wpłynąć na jakość ich życia i zdrowie w przyszłości – dodaje rektor AWF.

Zajęcia mają się odbywać jeden, dwa razy w tygodniu po 60 minut w 20-osobowych grupach. Projekt zakłada zorganizowanie w sumie w tym roku min. 300 tys. godzin zajęć w całej Polsce.

– Pozwoli to również na przeprowadzenie monitoringu stanu aktywności fizycznej oraz sprawności fizycznej dzieci i młodzieży. Liczymy na to, że w grudniu 2021 roku przygotujemy siedem raportów regionalnych oraz raport ogólnopolski, w których przekażemy, jaki jest aktualny, rzeczywisty stan kondycji fizycznej i aktywności fizycznej dzieci i młodzieży oraz sformułujemy rekomendacje na kolejne miesiące – deklaruje prof. Bartosz Molik.

Jak ocenia, aktywność i kondycja fizyczna dzieci przed pandemią nie była w Polsce na wysokim poziomie, podobnie jak w wielu krajach europejskich. Badania pokazują, że od ok. 20 lat poziom kondycji fizycznej dzieci i młodzieży spada. Prawdopodobnie przyczynił się do tego bardziej siedzący tryb życia.

– Jeszcze w latach 70.– 80. XX wieku kondycja fizyczna i sprawność dzieci i młodzieży były na stosunkowo wysokim poziomie. Obecnie dzieci znacznie więcej czasu spędzają w pozycji siedzącej. Bardzo rzadko obserwujemy spontaniczną aktywność fizyczną, np. grę w piłkę na podwórku. Już przed pandemią widzieliśmy, że 80 proc. dzieci i młodzieży nie spełnia wymogów aktywności fizycznej zaleconych przez Światową Organizację Zdrowia. Czyli na pięcioro dzieci tylko jedno było aktywne fizycznie na poziomie preferowanym przez WHO – wyjaśnia rektor AWF.

Czas pandemii koronawirusa tylko pogłębił ten problem. Aktywność fizyczna została w zasadzie niemalże wyeliminowana z życia i spontaniczny ruch jest bardzo rzadki, m.in. przez brak regularnych zajęć. Co więcej, z powodu nauki zdalnej dzieci spędzają całe dnie przed komputerem.

 

Pracownikom medycznym wszystkiego najlepszego w zdrowiu!

Fot.:pixabay.com

W Polsce obchodom Światowego Dnia Zdrowia towarzyszą obchody Dnia Pracownika Służby Zdrowia.

Dzień Pracownika Służby Zdrowia oraz Światowy Dzień Zdrowia obchodzone są 7 kwietnia, w – dziś już w 71. – rocznicę powstania Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Sami sobie pożyczymy w tym dniu, jak to się zwykło mawiać, "wszystkiego najlepszego"!

Co roku Światowy Dzień Zdrowia obchodzony jest pod innym hasłem. W tym roku brzmi ono: „Budowanie sprawiedliwszego i zdrowszego świata”. Nierówności zdrowotne prowadzą do niepotrzebnego cierpienia, chorób, niepełnosprawności i przedwczesnej śmierci – podkreśla WHO. Pogłębiają one również istniejącą niekorzystną sytuację związaną z pandemią koronawirusa i szkodzą naszym społeczeństwom i gospodarkom. Dlatego też Światowa Organizacja Zdrowia wzywa do większych inwestycji w podstawową opiekę zdrowotną, aby zapewnić wszystkim zdrowie. Nikt nie jest bezpieczny dopóki wszyscy nie będą bezpieczni!

W Polsce obchodom Światowego Dnia Zdrowia towarzyszą obchody Dnia Pracownika Służby Zdrowia. System ochrony zdrowia, tak publiczny, jak i prywatny, to nie tylko lekarze i pielęgniarki (pielęgniarze). To także ratownicy medyczni, fizjoterapeuci, technicy diagnostyki obrazowej itd. oraz cała tzw. szara strefa jednostek systemu – od sprzątających po kierujących.

 

Święto świętem, ale nie ma co ukrywać: epidemia SARS-CoV-2/COVID-19 definitywnie wykazała słabości systemu, zwanego jeszcze przez wielu „służbą zdrowia”. Niedobory pracowników medycznych w placówkach publicznych, szczególnie lekarzy i pielęgniarek, są jednymi z najdotkliwszych w Europie; niedobory lekarzy pierwszego kontaktu stanowią poważne wyzwanie dla skutecznego świadczenia podstawowej opieki zdrowotnej.

W Polsce na 1 tys. mieszkańców przypada średnio 2,4 lekarza. Średnia unijna wynosi 3,8. Najgorzej jest w przypadku lekarzy rodzinnych – według raportu odsetek specjalistów w Polsce wynosi on 9 proc. – mniej ma tylko Grecja (5 proc.).

7 kwietnia należą się życzenia wszystkim pracownikom zdrowia, a lekarzom, którzy już dawno osiągnęli uprawnienia emerytalne, należą się one w szczególności. Nie dość, że jest jak jest (patrz wyżej), to gdyby nie ci wiekowi lekarze, to… To lepiej nie myśleć, gdyby nagle wszyscy postanowili odpocząć od pracy. Mamy w Polsce ok. 134 tys. zawodowo czynnych lekarzy oraz ok. 36 tys. lekarzy dentystów. Ok. 25 proc. jednych i drugich uzyskało już uprawnienia emerytalne. Stwierdzenie, że emeryci utrzymują funkcjonowanie SYSTEMU OCHRONY ZDROWIA nie jest przesadzone.

52 lata to średnia wieku lekarza w Polsce, a lekarza specjalisty – 54 lata (dane GUS). Wiek emerytalny obecnie dla mężczyzny wynosi 65 lat, a dla kobiety – 60… Starczy tych niezbyt optymistycznych danych, tym bardziej, że tegoroczne święto pracujących w systemie ochrony zdrowia przypada na ponury czas epidemii.

Zatem: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO i obyśmy zaczęli żyć, jak najszybciej, w zwyczajnie normalnych czasach.

Z danych publikowanych przez Ministerstwo Zdrowia wynika, że do wtorku włącznie (6 kwietnia) pierwszą dawkę otrzymało 4 591 351 osób, a drugą – 2 074 033 osoby. Razem wykonano 6 665 384 szczepienia. Do Polski trafiło łącznie 8 078 060 dawek szczepionek, a do punktów szczepień dostarczono ich 7 186 140. Nie wykorzystano, z różnych przyczyn, 7693 dawki. Zostały one zutylizowane. Wg oficjalnych danych dotychczas zgłoszono 5658 NOP-ów (niepożądanych odczynów).

 

 

 

Jeszcze w kwietniu ruszy program rehabilitacji dla pocovidowców

Fot.:WHO Europa

Kiedy poczujesz duszność, to te ćwiczenia mogą być pomocne.

Rehabilitacja pocovidova zalecana jest tym osobom po zakażeniu COVID-19, u których występują negatywne objawy wynikające z przebytej choroby (infekcji dróg oddechowych, hospitalizacji, unieruchomienia, stresu) lub dolegliwości spowodowanych ograniczeniem aktywności fizycznej. Szeroki program takiej rehabilitacji zapowiedział minister zdrowia. W zależności od stanu pacjenta, będzie ona prowadzona w domu, ambulatoryjnie, a także w oddziałach rehabilitacji, zakładach rehabilitacji leczniczej i uzdrowiskach.

Zróżnicowanie problemów występujących przebyciu COVID-19 jest szerokie. Najczęściej związane są one z pogorszeniem funkcji płuc, obniżoną tolerancję wysiłku fizycznego, zmniejszeniem siły mięśniowej, przewlekłym zmęczeniem, powikłaniami neurologicznymi  kardiologicznymi.

Po przechorowaniu u ozdrowieńców mogą rozwinąć się dysfunkcja prawie każdego układu (również tym samym mogą nie występować prawie żadne objawy). Oprócz jego bezpośredniego oddziaływania na układ oddechowy, SARS-CoV-2 może wpływać na serce i układ sercowo-naczyniowy, układ nerwowy. Skutkować to może niedotlenieniem lub zakrzepicą naczyń, zaburzeniami pracy nerek i krzepnięcia krwi , sztywnością stawów... WHO podkreśla że u pacjentów leczonych ze wspomaganiem wentylacji mogą występować problemy z prawidłową emisją głosu, połykaniem oraz deficyty pamięci. Wszystkie te pocovidowe przypadłości skutkują pogorszeniem jakości życia. Rehabilitacja ma pomóc w powrocie do normalnego funkcjonowania.

– W Polsce mamy już ponad 2 mln osób, które przechorowały COVID-19. Niestety, często po wygraniu z chorobą, zmagają się oni z wieloma dolegliwościami ograniczającymi w znaczący sposób aktywność w życiu społecznym i zawodowym. Nie możemy pozwolić na wykluczenie dużej grupy ozdrowieńców z normalnego funkcjonowania. Musimy pomóc im powrócić do pełni zdrowia – podkreśla Adam Niedzielski, minister zdrowia.

Resortowi zależy na nam szerokim dostępie ozdrowieńców do świadczeń szeroko rozumianej rehabilitacji postcovidowej. Dlatego do udzielenia takich świadczeń będzie mógł się zgłosić każdy podmiot medyczny, oczywiście spełniając wyznaczone kryteria. Minister zdrowia podkreślił (2 kwietnia) nie będzie organizowany żaden konkurs ofert, ale pojawi się wykaz Narodowego Funduszu Zdrowia.

Do wykazu będzie mógł zgłosić się każdy podmiot świadczący usługi rehabilitacyjne, który ma podpisaną umowę z NFZ. Rehabilitacja pocovidowa będzie stanowiła odrębny produkt w zakresie szerokiej gamy świadczeń rehabilitacyjnych i będzie odrębnie finansowany z funduszu przeciwdziałania Covid-19.

Czas trwania rehabilitacji COVID-19 będzie wynosił od 2 do 6 tygodni, przy czym  rehabilitacja rozpoczynać się będzie nie później niż 6 miesięcy od zakończenia leczenia w kierunku COVID-19.

W zakres rehabilitacji pocovidowej wejdą m.in.:

• kinezyterapia ze szczególnym uwzględnieniem treningu wytrzymałościowego, ćwiczeń oddechowych, ćwiczeń efektywnego kaszlu, ćwiczeń ogólnousprawniających,
• inhalacje indywidualne,
• treningi marszowe,
• balneoterapia – wg indywidualnych wskazań,

• masaż – wg indywidualnych wskazań,
• hydroterapia, fizykoterapia – wg indywidualnych wskazań,

• treningi relaksacyjne,
• edukacja zdrowotna i promocja zdrowia, w tym np. nauka prawidłowej techniki używania inhalatorów, eliminacja nałogów i innych czynników ryzyka chorób cywilizacyjnych, prozdrowotna modyfikacja stylu życia,
• leczenie dietetyczne – wg indywidualnych wskazań,
• wspomaganie rehabilitacyjne schorzeń współistniejących.

 

Ratownicy szkolą się w pandemii

Fot.:WPR

E-szkolenie prowadzone będzie do 20 kwietnia.

Ratownicy ze Śląska w gronie wykładowców ogólnopolskiej kampanii „Be fast. Strata czasu to strata mózgu”, skierowanej do pracowników medycznych. Na zorganizowane przez nich szkolenie e-learningowe zapisało się 800 medyków z całej Polski.

– Zainteresowanie przeszło nasze oczekiwania – mówi Michał Kucap, kierownik Szkoły Ratownictwa Medycznego Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach. – Organizując je, myśleliśmy, że zgłosi się kilkadziesiąt osób.

Zajęcia przeznaczone są dla lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych dyżurujących w Zespołach Ratownictwa Medycznego, dyspozytorów medycznych oraz operatorów Centrów Powiadamiania Ratunkowego.

Od kolegów ze Śląska mogą dowiedzieć się m.in. jak rozbudowana jest w naszym regionie sieć oddziałów udarowych, gdzie wykonywana jest tromboliza i trombektomia. Albo jak funkcjonuje prenotyfikacja, czyli bezpośredni kontakt ratowników z oddziałami udarowymi z pominięciem SOR-ów czy izb przyjęć, żeby pacjent nie tracił czasu na oczekiwanie w kolejce na przykład na badania tomografem komputerowym.

– Udary mózgu i nagłe zatrzymanie krążenia, to według naszych badań, dwie jednostki chorobowe, które nie zmniejszyły się z powodu pandemii, a tak jest na przykład z zawałami serca – mówi Klaudiusz Nadolny, pełnomocnik dyrektora ds. ratownictwa medycznego, organizacji i planowania Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach, jeden z wykładowców szkolenia. – Niemniej w pandemii ludzie wzywają pogotowie zbyt późno. Ratownicy mają mało czasu na dowiezienie pacjenta do odpowiedniego szpitala. Dlatego musimy mieć bezpośredni kontakt z lekarzami z oddziałów udarowych. Po naszym pierwszym rozpoznaniu są oni przygotowani na konkretne działania, żeby uratować życie pacjenta i zminimalizować następstwa udaru.

Dla ratownika ważne są precyzyjne odpowiedzi, a dla pacjenta z udarem liczy się każda minuta. Tymczasem kontakt z nim i jego rodziną bywa utrudniony. Zespoły medyczne wypracowują sobie odpowiednie metody komunikacji i dzielą się doświadczeniami, jak w domach pacjentów rozmawiać z rodziną, i przede wszystkim – zebrać dokładny wywiad, aby ułatwić lekarzowi pracę na oddziale.

– To bardzo indywidualna sprawa – mówi Michał Kucap. – Czasem pomaga rozmowa gwarą, czasem żart, a czasem trzeba postawić rodzinę do pionu.

Michał Kucap także jest wykładowcą kampanii. W ciągu 17 lat wiózł w karetkach kilkuset pacjentów z udarem, odbył setki takich rozmów. Wie, jak komunikować się w trudnych sytuacjach.

Do grona śląskich wykładowców zaproszono także prof. Anettę Lasek-Bal, konsultanta wojewódzkiego ds. neurologii, kierownika Oddziału Neurologii Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach. Opowie ona o najnowszych wytycznych postępowania w ostrej fazie udaru mózgu.

Szkolenie organizowane przez Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Katowicach i Instytut Komunikacji Zdrowotnej jest okazją dla ratowników medycznych podnoszących swoje kwalifikacje do zdobycia 10 punktów edukacyjnych. Aby je otrzymać, po obejrzeniu wykładów muszą oni wypełnić prawidłowo test.

– Mimo pandemii ciągle się szkolimy. Wybierając zawód medyczny mamy świadomość, że musimy się uczyć i szkolić cały czas – podkreśla Michał Kucap. – Stojąc z pacjentami w kolejkach do szpitala, gdy są stabilni możemy ten czas wykorzystać konstruktywnie. Na przykład obejrzeć wykłady i powiększyć liczbę punktów.

Wykłady na platformie e-lerningowej dostępne będą do 20 kwietnia.

Będziemy przewozić pacjentów covidowych do innych województw

Fot.:WPR

Łukasz Pach apeluje, by wzywać pogotowie tylko w przypadkach, gdy jest zagrożone życie.

Minister zdrowia Adam Niedzielski był w środę (31 marca) uczestniczył w posiedzeniu sztabu kryzysowego w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim. Była mowa o relokacji pacjentów ze Śląskiego do szpitali w innych województwach. Będą ich transportowały karetki WPR w Katowicach, a w razie konieczności śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach oraz Wojska Polskiego.

Sytuacja epidemiczna w województwie śląskim jest bardzo poważna. Eksperci uważają, że głównym źródłem zakażeń w regionie jest ruch graniczny z Czechami. W środę odnotowano w kraju 32 874 nowe zakażenia SARS-CoV-2, z czego 6092 stwierdzono w województwie śląskim.

Pacjentów ze Śląskiego, których trzeba będzie umieścić w szpitalach ościennych województw, przewozić będą ambulanse Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach. Dyrektor Łukasz Pach zaapelował, by w zaistniałej sytuacji wzywać pogotowie tylko do nagłych przypadków, zagrażających życiu.

– W innych wpierw należy kontaktować się z lekarzami rodzinnymi. Jeśli wszyscy będą wzywać pogotowie, to jego funkcjonowanie zostanie sparaliżowane.

Wyjazdów zespołów ratownictwa medycznego jeszcze co dobę przybywa, ale jest szansa, że będzie ich coraz mniej. Taka sytuacja jest możliwa, bowiem – jak podkreślił minister Niedzielski – „liczba zleceń na test z POZ się trochę zmniejszyła w skali kraju do tego, z czym mieliśmy do czynienia tydzień temu”. Szczyt aktualnej fali epidemii przewidywany jest na ten lub następny tydzień.

– Sytuacja na Śląsku jest krytyczna. Krytyczna pod względem zarówno liczby zachorowań, zarówno liczby hospitalizacji, ale też pewnej perspektywy, tzn. że te moce, które były systematycznie i są przez pana wojewodę przeznaczane na walkę z covidem, powoli te moce się wykańczają – mówił dziennikarzom, przed wejściem do Urzędu, minister zdrowia.

Kto będzie przewożony do szpitali poza województwem, po to, by system – jak się wyraził wojewoda śląski Jarosław Wieczorek, nie stanął przed ściana? Przede wszystkim będą to nowi pacjenci.

– Pacjenci (…) z okolic Częstochowy i zachodniej części regionu, są transportowani odpowiednio: do Radomska i odbywa się to w sposób, że pacjenci się triażowani w Częstochowie, a następnie po tym triażu właśnie przesyłani do szpitala w Radomsku. Dzisiaj będzie to prawie 20 osób. Jeżeli chodzi o zachodnią ścianę regionu, to tutaj współpracujemy ze szpitalem w Kędzierzynie-Koźlu, który będzie przyjmował pacjentów i już bezpośrednio transportem systemowym przyjmuje pacjentów. Liczymy, że do końca tego tygodnia w obu tych lokacjach blisko 150-170 pacjentów z całego Śląska będzie realokowanych – wyjaśniał minister

 

Mundurowi się szczepią przeciw COVID-19

Fot.:Śląska Policja

Szczepienia funkcjonariuszy służb mundurowych koordynuje Komenda Główna Policji.

Przez pierwsze pięć dni zaszczepiło się już 16 tys. funkcjonariuszy służb mundurowych. Szczepienia to realna perspektywa poprawy sytuacji i jedyna droga powrotu do normalności – pinformowało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.

– Dlatego proszę i apeluję do wszystkich funkcjonariuszy – zaszczepcie się. Zróbcie to dla siebie, dla swoich rodzin, dla koleżanki i kolegi z patrolu, dla innych – zaapelował (29 marca) minister Mariusz Kamiński.

Szczepienia mundurowych przeciw COVID-19 prowadzone są od 24 marca. Zainaugurowano je w szpitalu tymczasowych na PGE Narodowym odbyła się inauguracja procesu szczepień służb mundurowych. Funkcjonariusze reprezentujący Policję, Państwową Straż Pożarną, Służbę Ochrony Państwa, Straż Graniczną oraz Służbę Więzienną przyjęli pierwsze dawki szczepionek. Wśród nich byli również komendanci poszczególnych służb podległych MSWiA oraz zastępca dyrektora generalnego Służby Więziennej.

Od tego dnia na terenie całego kraju systematycznie szczepieni są kolejni funkcjonariusze.

Proces szczepień funkcjonariuszy służb mundurowych odbywa się w szpitalach węzłowych i łącznie w 133 punktach szczepień.

Większość z nich to placówki służby zdrowia MSWiA. Szczepienia funkcjonariuszy służb mundurowych koordynuje Komenda Główna Policji.

Przez pierwszych pięć dni szczepień (od 24 do 28 marca br.) zaszczepionych zostało ponad 16 tys. funkcjonariuszy służb mundurowych. Największą grupę stanowią policjanci. Pierwszą dawkę szczepionki firmy AstraZeneca przyjęło 7,6 tys. funkcjonariuszy Policji. Zaszczepiło się już również ponad 3,5 tys. strażaków-ochotników, ponad 2,3 tys. funkcjonariuszy Państwowej Straży Pożarnej oraz ponad 600 strażników granicznych.

Wśród pozostałych służb mundurowych najwięcej zaszczepionych osób jest w Służbie Celno-Skarbowej (ponad 900) oraz w strażach gminnych i miejskich (ponad 700). Poza tym w ramach tej grupy szczepią się również: Straż Ochrony Kolei, Inspekcja Transportu Drogowego, Służba Ochrony Państwa oraz ratownicy górscy i wodni wykonujący działania ratownicze.

 

 

 



Od marca 2020 r. zdalnie pracuje 6 na 10 Polaków, czy to zdrowe?

Fot.:pixabay

W czasie telekonferencji widzimy również siebie, co z psychologicznego punktu widzenia jest bardzo niekorzystne.

Jeszcze będzie przepięknie. Jeszcze będzie normalnie – nucił wokalista grupy Tilt. A jak będzie normalnie, tylko jeszcze nie wiadomo kiedy, to praca zdalna będzie kontynuowana, tam, gdzie jest to możliwe? Gdyby to zależało od naukowców, to nie byłaby kontynuowana, gdyż już będzie normalnie. Zespół naukowców z Uniwersytetu Stanforda wykazał, że praca zdalna i komunikacja online są bardziej męczące niż ich tradycyjna forma.

Brak bezpośredniego kontaktu, możliwości zobaczenia mimiki i mowy ciała współpracowników oraz ciągłe obserwowanie swojego wyglądu i zachowania na ekranie wpływają na powstanie nowego zjawiska nazwanego „zoom fatigue”. To syndrom przemęczenia pracą online i wypalenia związanego z nadużywaniem wirtualnych platform komunikacyjnych.

– Jeśli pandemia będzie się przedłużała, to ten wpływ będzie coraz bardziej negatywny – podkreśla dr Dagmara Kawoń-Noga, pedagog, wykładowca i metodyk Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Od marca ubiegłego roku w trybie całkowicie zdalnym pracuje aż 6 na 10 Polaków.

Pracownicy nie są jednak do końca zadowoleni z tego modelu, skarżąc się m.in. na zacieranie granicy między życiem prywatnym i zawodowym oraz brak bezpośredniego kontaktu z innymi pracownikami.

Prawie 20 proc. przyznało, że ich relacje z kolegami z firmy pogorszyły się w związku z pracą zdalną – wynika z badania CBRE i Grafton Recruitment. Eksperci wskazują, że o ile jeszcze przed pandemią wiele osób marzyło o home office, o tyle teraz, po roku pracy zdalnej, większość osób tęskni za możliwością powrotu do biura. Tylko 25 proc. pracowników chce wykonywać swoje obowiązki całkowicie zdalnie po zakończeniu pandemii COVID-19.

– Kiedy zaczęła się pandemia, widzieliśmy wiele korzyści w tym, że będziemy pracować w komfortowych, domowych warunkach, nie będziemy musieli codziennie jeździć do firmy. Wydawało nam się, że będziemy oszczędzać czas i pieniądze. Ale z czasem okazało się, że praca i edukacja zdalna bardzo negatywnie wpływają na nasze samopoczucie. Powodują silny stres, lęk i przemęczenie tym, że codziennie musimy się włączać i logować do obowiązków w przestrzeni wirtualnej. Badania pokazują, że osoby, które przez pandemię zostały przymuszone do pracy zdalnej, częściej odczuwają silne przemęczenie takim modelem i niesie to za sobą negatywne skutki w przestrzeni społecznej – podkreśla dr Kawoń-Noga.

Z badania „Efektywność pracy zdalnej”, przygotowanego dla Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów, wynika też, że home office wydłuża czas pracy. Aż 45 proc. pracowników poświęca na pracę zdalną więcej czasu niż w siedzibie firmy. Jednocześnie co drugi przyznaje, że brakuje mu bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami, wspólnych rozmów, spotkań na korytarzu czy w firmowej stołówce, a 39 proc. czuje wyraźną potrzebę regularnych spotkań.

Te na przestrzeni ostatniego roku przeniosły się głównie na platformy komunikacyjne typu Zoom czy Microsoft Teams. Z danych tego ostatniego wynika, że cyfrowa intensywność dni roboczych od zeszłego roku znacznie wzrosła, podobnie jak średnia liczba czatów i spotkań online. Od lutego 2020 roku czas poświęcany na cotygodniowe spotkania przez użytkowników aplikacji Teams wzrósł ponad dwukrotnie – o 148 proc. Z kolei opracowany przez Microsoft „Work Trend Index”, oparty na wnioskach z ponad 30 projektów badawczych, potwierdza, że spotkania online okazują się być dużo bardziej męczące niż bezpośrednia współpraca.

– Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda zauważyli, że poważne obniżenie naszej formy wynika przede wszystkim z tego, że całą przestrzeń edukacyjną i zawodową opieramy na telekonferencji. Takie spotkania są pozbawione naturalnego kontaktu społecznego, w trakcie telekonferencji nie jesteśmy w stanie obserwować bezpośrednio mowy ciała, mimiki, gestykulacji osób, z którymi pracujemy. Brak tego komunikatu powoduje, że mocno się męczymy, bo mowa ciała jest bardzo ważnym kanałem komunikacyjnym. Informuje nas o tym, jakie są autentyczne intencje i postawy osób, z którymi współpracujemy – podkreśla ekspertka WSB w Opolu.

Badanie „Nonverbal Overload: „A Theoretical Argument for the Causes of Zoom Fatigue”, przeprowadzone przez zespół naukowców z Uniwersytetu Stanforda, wykazało, że brak możliwości obserwowania mimiki, gestykulacji i mowy ciała osób współuczestniczących w komunikacji oraz ciągłe utrzymywanie kontaktu wzrokowego czy obserwowanie swojego wyglądu i zachowania na ekranie wpływają na powstanie nowego zjawiska, nazwanego „zoom fatigue”. To syndrom przemęczenia pracą online i wypalenia związanego z nadużywaniem wirtualnych platform komunikacyjnych, który powoduje m.in. stres, wycofanie i zaburzone poczucie bezpieczeństwa.

– W czasie telekonferencji widzimy również siebie, co z psychologicznego punktu widzenia jest bardzo niekorzystne, ponieważ jesteśmy wtedy bardziej krytyczni. Sprawdzamy, jak wyglądamy, jak jesteśmy uczesani i ubrani. Przez to, że skupiamy się na sobie, nie jesteśmy w stanie w odpowiedni sposób skupić się na merytorycznej warstwie przekazu, który budujemy albo odbieramy – mówi dr Dagmara Kawoń-Noga.

Przemęczenie zdalną pracą to tylko część problemu, bo rok temu do online’u przeniosły się nie tylko służbowe spotkania, lecz także pozostałe aspekty prywatnego życia. W efekcie przed ekranami i w internecie spędzamy zdecydowanie więcej czasu niż jeszcze przed pandemią, co tylko potęguje syndrom „zoom fatigue”.

– Jeśli pandemia będzie się przedłużała i będziemy zmuszeni do tego, żeby w dalszym ciągu funkcjonować w przestrzeni wirtualnej, to ten wpływ będzie coraz bardziej negatywny. Już teraz eksperci alarmują, że coraz więcej ludzi, bez względu na wiek, potrzebuje wsparcia psychologicznego bądź psychiatrycznego. U osób, które pracują i funkcjonują w ten sposób, pojawiają się stany lękowe i depresyjne, więc należy spodziewać się nasilenia tego typu objawów i zwiększenia liczby ludzi, którzy będą je odczuwać – przestrzega ekspertka opolskiej WSB.

 

 

 

Będą szczepionki mRNA także przeciw innym chorobom

Fot.:UMP

Obecnie toczy się ponad 40 badań klinicznych szczepionek mRNA - informuje prof. Piotr Rzymski.

Prace nad wykorzystaniem technologii mRNA w szczepionkach czy lekach rozwijały się od trzech dekad, jednak pandemia dodała im przyspieszenia. Zaprocentuje to rozwojem nie tylko preparatów do walki z innymi chorobami zakaźnymi, ale i nowatorskimi terapiami przeciwnowotworowymi. Dr hab. PIOTR RZYMSKI, biolog medyczny i profesor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu nie ma wątpliwości, że to przyszłość medycyny. Na razie szczepionki mRNA mamy „na covida”.

 


Czym szczepionki mRNA różnią się od tradycyjnych?
Przede wszystkim tym, że nie zawierają patogenów lub całych ich fragmentów. Najbardziej klasyczne rozwiązania szczepionkowe wykorzystują drobnoustroje żywe, ale osłabione na tyle, by nie były w stanie wywołać ciężkiego przebiegu choroby, bądź inaktywowane czyli zabite, które nie są w stanie namnażać się w organizmie. Takie rozwiązania stosuje się od dawna – podaje się do organizmu gotowy wzorzec, który umożliwia zbudowanie odporności układu immunologicznego wobec patogenu.

Szczepionki mRNA działają zupełnie inaczej, bo dostarczają naszym komórkom instrukcję, w jaki sposób wyprodukować fragment patogenu. Przepis na ten fragment zawarty jest właśnie w cząsteczce informacyjnego RNA. Szczepionki przeciw COVID-19 opracowane w takiej technologii pozwalają naszym komórkom na produkcję białka S, zwanego popularnie „kolcem” – to najważniejszy element koronawirusa, który umożliwia mu zakażanie naszych komórek. Mechanizm preparatów mRNA jest zupełnie inny, ale ostatecznie we wszystkich szczepionkach chodzi o to samo – by wyszkolić nasz układ odporności do rozpoznawania i niszczenia patogenu.

W zasadzie nie jest to nowa technologia, wymyślona w czasie obecnej pandemii do walki z COVID-19...
To prawda, tego typu technologii nie da się przecież opracować w kilka miesięcy, czy nawet kilka lat. Stoi ona na fundamencie wielkich odkryć biologii komórki i biologii molekularnej. Pierwsze próby ze szczepionkami sięgają lat dziewięćdziesiątych, gdy w Instytucie Pasteura podano myszom eksperymentalną szczepionkę tego typu przeciw grypie. Okazało się, że była immunogenna, ale nośnik, w którym umieszczano cząsteczki mRNA, okazał się zbyt toksyczny, aby zastosować go u ludzi. Zaczęto więc szukać lepszych wehikułów dla mRNA, a jednocześnie próbowano podawać je bez nośnika, w nagiej formie. Niestety, podane w tej formie, bardzo szybko się degradowały i nie docierały do komórek docelowych. Cząsteczki mRNA są niestabilne, a na domiar złego podane do organizmu potrafią być rozpoznawane przez układ immunologiczny i niszczone. Postęp naukowo-technologiczny, który się dokonał na przestrzeni ostatnich dekad pozwolił pokonać bariery związane ze stabilnością mRNA oraz z dostarczaniem go do komórek.

Przełom dokonał się w roku 2012, gdy jako nośnik dla mRNA zaczęto wykorzystywać otoczki nanolipidowe. Udało się też zrozumieć, że obecność urydyny (jeden z budulców RNA – przyp. red.) w mRNA umożliwia atakowanie tych cząsteczek przez układ immunologiczny. Zastąpiono ją więc bardzo podobną cząsteczką 1-metylo-pseudourydyny, która również występuje naturalnie w komórkach. Nie wpływa to na instrukcje, które niesie taki mRNA, a pozwala mu dotrzeć do naszych komórek i spełnić swoją funkcję. To właśnie z powodu zastosowania tego zmyślnego zabiegu w opisie szczepionek mRNA przeciw COVID-19 znajdziemy informacje, że zawierają modyfikowane nukleotydy.

Wróćmy do szczepionek...
Szczepionki mRNA przeciw COVID-19 są pierwszymi preparatami tego typu, które zostały autoryzowane do użytku, aczkolwiek, tak jak wspominałem, już wcześniej intensywnie pracowano nad tę technologią i testowano ją, również w badaniach klinicznych. Kiedyś musi być ten pierwszy raz, energią wyzwalającą okazała się pandemia, na którą musieliśmy odpowiedzieć. I tu duża zasługa mniejszych firm, np. Moderny czy BioNTechu, o których przed 2020 r., pewnie mało kto słyszał. Kiedy ta pierwsza otrzymała w lutym 2020 r. pierwszą partię swojego kandydata na szczepionkę, to jeszcze nie było jasne, czy w ogóle będzie ona potrzebna, niektórzy liczyli, że problem COVID-19 rozwiąże się bez konieczności jej stosowania.

Szybko stało się jasne, że jest zupełnie inaczej, że dławi nas kryzys zdrowotny, gospodarczy, wszelaki. Bardzo szybkie rozpoczęcie prac, planowanie kolejnych faz badań w trakcie trwania poprzednich i bezprecedensowe tempo prac ekspertów instytucji regulatorowych zaowocowały: dziś mamy dwie autoryzowane szczepionki mRNA przeciw COVID-19, a kolejne są na zaawansowanym etapie badań. W przyszłości będziemy mieć natomiast szczepionki mRNA przeciw innym chorobom.

Jakich jeszcze chorób mogą dotyczyć?
Obecnie toczy się ponad 40 badań klinicznych szczepionek mRNA. Połowa dotyczy chorób zakaźnych i w tej puli około 60 proc. stanowią oczywiście szczepionki przeciwko COVID-19. Reszta na tak powszechne infekcje jak: choroba wywoływana przez wirusa cytomegalii, wirusa Epsteina-Barra (EBV), wirusa Zika, wirusa RSV, przeciwko grypie pandemicznej. Na początku 2021 roku Moderna ogłosiła rozpoczęcie badań klinicznych pierwszej fazy szczepionki mRNA przeciw HIV. Ma dwóch kandydatów na tę szczepionkę, których będzie testować i czas pokaże, czy to rozwiązanie nie okaże się przełomem w walce z tym skomplikowanym wirusem.

Trwają też prace nad szczepionką przeciwko wirusowi Nipah, który od 20 lat odpowiada za wybuchy epidemiczne w Bangladeszu, Malezji i Singapurze i figuruje na liście Światowej Organizacji Zdrowia jako zagrożenie epidemiczne, do pilnych działań badawczo-rozwojowych. Dlaczego? Wirus Nipah jest wirusem odzwierzęcym, zakażenie nim może prowadzić między innymi do układowego zapalenia naczyń, płuc i mózgu. Leczenie ciężkich powikłań oddechowych i neurologicznych, jakie wywołuje, wymaga intensywnej terapii, a śmiertelność określa się w granicach 40 -75 proc. Jest to wirus wysoce niebezpieczny, na domiar złego ma długi czas wylęgania, niekiedy nawet do 45 dni. Koniecznie więc należy mieć na niego plan B, już teraz, kiedy to jeszcze nie stanowi globalnego problemu.

Spore nadzieje wiąże się też ze szczepionkami mRNA w kierunku nowotworów.
To prawda. Od lat prowadzi się badania przeciwnowotworowych preparatów mRNA. Mają one stymulować układ odporności pacjenta – tak, by rozpoznawał białka zmienione w nowotworowych komórkach. Układ immunologiczny ma przecież za zadanie nie tylko zwalczać patogeny, które próbują wtargnąć do naszego organizmu, ale również eliminować nieprawidłowo zmienione komórki.

Niestety, to nie zawsze się udaje w przypadku nowotworów. Jednak coraz więcej rozumiemy w zakresie ich biologii molekularnej, specyficznych mutacji, które w nich występują. Przeciwnowotworowe preparaty mRNA mają więc na celu wprowadzenie instrukcji, służącej do wyprodukowania zmienionego przez mutacje białka i jego zaprezentowania układowi odporności. Dzięki temu zostaje on przeszkolony i może rozpocząć walkę ze zmienionymi nieprawidłowo komórkami. Proszę zwrócić uwagę, że tego typu rozwiązanie umożliwia tworzenie preparatów spersonalizowanych dla potrzeb danego pacjenta. Wymaga to wpierw zidentyfikowania z jakim typem nowotworu mamy do czynienia, z jakim profilem mutacji. Następnym krokiem jest uzyskanie odpowiednio skonstruowanej cząsteczki mRNA...

Wygląda na to, że COVID-29 niezwykle przyspieszył postęp, który zaowocuje także w przypadku innych chorób.

Dokładnie tak. mRNA to technologia, którą rozwijano od lat 90-tych. Po drodze trzeba było pokonać dużo przeszkód i ograniczeń. Odpowiedź na pandemię pozwoliła skumulować wszystkie wcześniejsze doświadczenia. Co więcej, teraz gdy są one masowo stosowane na świecie, prowadzony jest taki ogrom rozmaitych porejestracyjnych badań, że zaryzykuję twierdzenie, że ostatecznie będą to najlepiej przebadane szczepionki w historii wakcynologii. Szczepionki mRNA to przyszłość. I szansa na skuteczne terapie przeciwnowotworowe.

 

(Wywiad przeprowadzony został w ramach projektu edukacyjnego „Science will win”, którego mecenasem jest firma Pfizer).

 

Naukowcy z SUM napisali książkę o leczeniu Post-COVID-19

Fot.:SUM

Oto redaktorzy pionierskiego opracowania.

„Kompleksowa opieka nad chorym z zespołem Post-COVID-19 (PC19)” jest sama w sobie pionierska na skalę polską i europejską. Powstała ona na podstawie dotychczasowych analiz przebiegów klinicznych choroby u osób zakwalifikowanych do badania i zastosowanych u nich różnych opcji terapeutycznych powstała pionierska.

Redaktorami książki (która docelowo pojawi się na rynku w 20 tys. egzemplarzy) są:
• prof. Jerzy Jaroszewicz (na zdjęciu od lewej), kierownik Katedry i Oddziału Klinicznego Chorób Zakaźnych i Hepatologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego (od początku na pierwszej linii frontu kierujący oddziałem covidowym w Szpitalu Specjalistycznym nr 1 w Bytomiu) oraz
• prof. Mariusz Gąsior, kardiolog ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, kierownik III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii SUM.

To lektura obowiązkowa
nie tylko w obliczu trzeciej fazy pandemii z jaką teraz się zmagamy.

Z pewnością publikacja będzie wsparciem dla lekarzy pierwszego kontaktu, bo to do nich najpierw będą trafiać pacjenci z Post-COVID-19.

– Tuż po zakażeniu nie mogłem wejść na drugie piętro do mieszkania. Gdy wniosłem zakupy musiałem przez 20 minut odpoczywać, leżąc na podłodze – wyjaśnia Piotr Polok, wykładowca akademicki z Bytomia, jeden z pacjentów zakwalifikowanych do badania SILCOV-19, (The Silesian Complications of COVID-19 Database), które rozpoczęło się w czerwcu 2020 r/ i jest prowadzone przez zespół naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu w ramach grantu Agencji Badań Medycznych. To pierwsze takie przedsięwzięcie naukowe w Polsce.

Skutki covidu u pacjentów
występują bezpośrednio po zakażeniu lub w okresie długoterminowym. Ich częstość nie jest do końca poznana. Rekrutacja do SILCOV-19 objęła 200 pacjentów.

W publikacji (ma rekomendację Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych) dwunastu autorów, wybitnych praktyków, omawia poszczególne skutki zakażenia się koronawirusem m.in. kardiologiczne, neurologiczne, psychiczne, a także jego wpływ na choroby wątroby, płuc i naczyń.

„Wydaje się prawie pewne, że nawet po opanowaniu epidemii, z problemem przewlekłych konsekwencji zakażenia SARS-CoV-2 będziemy borykać się przez lata” – stwierdził w słowie wstępnym do książki prof. Krzysztof Simon, szef Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

COVID-19 może przebiegać
bezobjawowo lub łagodnie (brak lub łagodne zapalenie płuc) (ok. 80 proc. przypadków). Ciężko (z dusznością, niedotlenieniem lub powyżej 50 proc, obszarem zajętym płuca podczas obrazowania radiologicznego – 15 proc, zakażonych oraz krytycznie (z niewydolnością oddechową, wstrząsem lub niewydolnością wielonarządową) w 5 proc. przypadków.

– Do najczęstszych dolegliwości zgłaszanych w okresie poinfekcyjnym przez pacjenta należy nietolerancja wysiłku, która zwykle wymaga diagnostyki różnicowej (kardiologicznej, pulmonologicznej, związanej z utratą masy mięśniowej czy zaburzeniami psychicznymi) – wyjaśnia prof. Gąsior.

Najczęściej występujace objawy neurologiczne zgłaszane przez pacjentów zakażonym wirusem SARS-CoV-2 to zaburzenia smaku i węchu, zmęczenie, bóle mięśni, bóle głowy, nudności. Wśród zaburzeń neurologicznych opisanych w przebiegu lub w związku z tą infekcją występują: udar mózgu, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i mózgu.

Zaburzenia psychiczne po COVID-19 trwają dłużej niż infekcja i muszą być traktowane jako długotrwałe powikłania. Wśród chorych o ciężkim przebiegu zaburzenia psychiczne występowały u ponad 60 proc. pacjentów, w tym najczęściej:
• bezsenność (42 proc.),
• lęk (36 proc.),
• zaburzenia uwagi (38 proc.),
• pamięci (34 proc.),
• depresja (33 proc.),
• majaczenie (28 proc) i
• chwiejność emocjonalna (28 proc).

Część zaburzeń utrzymywała się po wyleczeniu infekcji. To:
• bezsenność (12 proc.),
• lęk (12 proc.),
• zaburzenia uwagi (20 proc.) i pamięci (19 proc.),
• depresja (10 proc.),
• chwiejność emocjonalna (23 proc.).

Uszkodzenie wątroby należy do typowych cech zakażenia koronawirusami. Dysfunkcja tego narządu dotyczy ok. 60 proc. pacjentów zakażonych poprzednim epidemicznym koronawirusem SARS oraz ponad połowy zakażonych SARS-CoV-2.

– Co więcej, cechy uszkodzenia wątroby, m.in. podwyższona aktywność enzymów wątrobowych, mogą wiązać się z cięższym przebiegiem i wyższą śmiertelnością COVID-19, szczególnie u chorych z przewlekłą chorobą wątroby, np. jej marskością – dodaje prof. Jaroszewicz.

Ostatnią wielką pandemią
była grypa zwana „hiszpanką”, która w latach 1918–1919 zabiła około 50 mln ludzi, zakażając 1/3 ludzkości. Pod koniec 2019 r. twórcy omawianej publikacji nie przypuszczali, że z pozoru niewinny koronawirus wywoła pandemię o takiej skali, a Europa będzie jednym z najbardziej dotkniętych regionów świata. W ciągu roku wirus zakaził ponad 100 mln ludzi na świecie, z czego ponad 30 mln to mieszkańcy Europy. Polsce bilans roku 2020 to ponad 1,5 mln chorych i 40 tys. zmarłych z rozpoznanym zakażeniem SARS-CoV-2, ale już w porównaniu z 2019 r. liczbą zgonów wyższą o 65 tys. osób.

 

Bez zakazu przemieszczania się, święta w 5-osobowym gronie

Fot.:MZ

Raport MZ z 25 marca 2021 r.

Rząd wprowadza, od soboty (27 marca), dodatkowe rygory sanitarne w związku ze wzrostem zakażeń SARS-CoV-2. Premier Mateusz Morawiecki powiedział (25 marca) podczas konferencji prasowej: – Jesteśmy o krok od przekroczenia granicy poza którą nie będziemy mogli we właściwy sposób leczyć pacjentów, leczyć naszych obywateli.

W konferencji obok premiera uczestniczył minister zdrowia Adam Niedzielski. Rząd uznaje, że wprowadzenie „trudnych decyzji” jest konieczne. Nie wyklucza się, jeśliby po 9 kwietnia nie udało się stłumić III fali epidemii SARS-CoV-2/COVID-19, wprowadzenia innych obostrzeń sanitarnych.

Premier zwrócił się do zatrudniających, by tam gdzie tylko jest to możliwe, kierowali swoich pracowników do pracy zdalnej. W takim trybie będą pracowały urzędy państwowe. Od najbliższej soboty, przez dwa tygodnie, obowiązywałby będą dodatkowe obostrzenia:


• wielkopowierzchniowe sklepy meblowe i budowlane pow. 2000 tys. m kw. zostają zamknięte, galerie i sklepy - tak jak dotąd pozostają zamknięte (z wyjątkiem m.in. sklepów spożywczych, aptek). Hurtownie mają działać;
• 1 osoba na 15 m kw. w sklepach do 100 m2; 1 osoba na 20 m kw. w sklepach powyżej 100 m kw.;
• w kościołach – jedna osoba na 20 m kw. przy zachowaniu odległości min. 1,5 metra. Oczywiście, maseczki obowiązują i w kościołach, i sklepach;
• salony fryzjerskie i kosmetyczne – do 9 kwietnia zamknięte;
• żłobki i przedszkola – zamknięte, z wyjątkiem opieki dzieci medyków i służb mundurowych. Rodzice nadal mogą korzystać z zasiłku opiekuńczego;
• obiekty sportowe – otwarte tylko dla sportu zawodowego.

Premier zaapelował, by święta obchodzono w wąskim, ściśle rodzinnym gronie. Minister zdrowia przypomniał, że nadal obowiązuje 5-osobowy limit. Nie wlicza się do niego tych, którzy są już zaszczepieni przeciw COVID-19.

– Naszą podstawowa bronią są szczepionki – podkreślił Morawiecki.

Od 25 marca na szczepienia mogą rejestrować się wszystkie osoby powyżej 60. roku życia, w tym urodzone przed 1951 r. Nadal też mogą się rejestrować starsze osoby, które już wcześniej miały taką możliwość, ale dotychczas tego nie zrobiły.

Zarejestrować można się za pośrednictwem infolinii 989, poprzez e-Rejestrację dostępną na pacjent.gov.pl, w punkcie szczepień lub wysyłając SMS na numer 664 908 556 lub 880 333 333 o treści: SzczepimySie.

 Według amerykańskiego Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa zakażenie SARS-CoV-2 stwierdzono w świecie dotychczas u ponad 124,5 mln ludzi na świecie, a ok. 2,74 mln zakażonych zmarło.

 

Szpital tymczasowy na pyrzowickim lotnisku przyjmie pacjentów

Fot.:PS

Premier oświadczył, ze uruchomione zostaną wszystkie rezerwy dla wspomożenia ratownictwa medycznego.

„Chciałbym podziękować z tego miejsca służbom medycznym – lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom, laborantom, diagnostom. To wasza ciężka praca jest dzisiaj absolutnie kluczowa dla zachowania zdrowia, życia naszych obywateli”. To podziękowania od premiera. Do środy (24 marca) z wskutek epidemii SARS-CoV-2/COVID-19 w Polsce zmarło ponad 50 tys. osób.

Premier w środę był w Pyrzowicach. Na tamtejszym lotnisku zbudowano szpital tymczasowy. Budowę, w starym hangarze, zakończono pod koniec listopada. Wybudowany przez Weglokoks SA obiekt, przygotowany jest na przyjęcie 144 pacjentów, z czego 10 stanowisk jest wyposażonych w respiratory, potrzebne do pomocy w najcięższych przypadkach. Zgodnie z normami obowiązującymi w szpitalach zakaźnych, całość podzielona jest na dwie części oddzielone od siebie śluzami, uniemożliwiającymi przenoszenie wirusa. Zarówno pacjenci, jak i personel mają dostęp do odpowiedniej ilości urządzeń sanitarnych, gwarantujących komfort pracy i leczenia. Dotychczas szpital jako lecznica był nieużywany. To zmieni się od piątku (26 marca)

– Szpitale tymczasowe służą temu, by nie doszło w Polsce do selekcjonowania pacjentów i podziału na tych, którym można i którym nie można pomóc – podkreślił premier, dziękując tym wszystkim, którzy przyczynili się do powstania szpitala. – Dzięki tym szpitalom będziemy mogli zapewnić wydajność służby zdrowia, taką aby uniknąć tego, co było najgorsze i co obserwowaliśmy jeszcze kilka miesięcy temu na zachodzie Europy czyli selekcjonowania pacjentów: ten może być leczony, ten nie może...

Premier oświadczył, ze uruchomione zostaną wszystkie rezerwy dla wspomożenia ratownictwa medycznego. Chodzi o pomoc ze strony wojsk operacyjnych, Obrony Terytorialnej i Państwowej Straży Pożarnej.

Szpital w Pyrzowicach dotychczas pełni rolę dużego punktu szczepień. Wobec wzrostu zachorowań wymagających hospitalizacji, pierwsi pacjenci mają tu trafić w w poniedziałek. Szpital ma budowę modułową. Dla pierwszych leczonych zostanie uruchomiona część z 25 łóżkami.

Drugi, docelowo na 500 łóżek, szpital tymczasowy działa w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach.

Jak podał wojewoda śląski Jarosław Wieczorek jest w nim (stan na środę) 256 pacjentów, z których 23 wymagało wspomagania respiratorami. Wojewoda poinformował, że obecnie z 3723 łóżek dla ciężkoobjawowych pacjentów covidowych zajętych jest 2894, a z 305 łóżek respiratorowych wykorzystywanych jest 257.

SARS-CoV-2 mógł krążyć po Chinach... nim został odkryty

Fot.:Pixabay

Przypadki COVID-19 po raz pierwszy zgłoszono pod koniec grudnia 2019 r. w Wuhanie.

Szukaliśmy kolejnego SARS lub MERS, czegoś, co zabija ludzi w wysokim tempie, ale z perspektywy czasu widzimy, jak wysoce zaraźliwy wirus o niewielkim współczynniku śmiertelności może również rozłożyć cały świat na łopatki – stwierdzają naukowcy ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. Uważają, że SARS-CoV-2 pojawił się w październiku 2019 r.

I prawdopodobnie krążył niewykryty przez około dwa miesiące przed opisaniem pierwszych przypadków COVID-19 u ludzi pod koniec grudnia 2019 roku. Symulacje naukowców sugerują, że mutujący wirus ginie w sposób naturalny przez ponad trzy czwarte czasu, nie powodując epidemii.

Korzystając z narzędzi do datowania molekularnego i symulacji epidemiologicznych, naukowcy ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego oraz Uniwersytetu Arizońskiego szacują, że wirus SARS-CoV-2 prawdopodobnie krążył niewykryty przez ponad dwa miesiące, zanim pod koniec grudnia 2019 roku opisano pierwsze przypadki COVID-19 u ludzi.

– Nasze badanie miało odpowiedzieć na pytanie, jak długo SARS-CoV-2 mógł krążyć w Chinach, zanim został odkryty – mówi dr Joel O. Wertheim, profesor na Wydziale Chorób Zakaźnych i Globalnego Zdrowia Publicznego w Szkole Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. – Połączyliśmy trzy ważne informacje: szczegóły na temat sposobu, w jaki SARS-CoV-2 rozprzestrzenił się w Wuhanie przed lockdownem, różnorodność genetyczną wirusa w Chinach oraz raporty o najwcześniejszych przypadkach COVID-19. Dzięki temu byliśmy w stanie ustalić, że SARS-CoV-2 zaczął krążyć w prowincji Hubei co najmniej od połowy października 2019 roku.

Przypadki COVID-19
po raz pierwszy zgłoszono pod koniec grudnia 2019 roku w Wuhanie, położonym w prowincji Hubei w środkowych Chinach. Raporty gazet regionalnych sugerują jednak, że diagnozy COVID-19 w Hubei sięgają co najmniej 17 listopada 2019 roku. To oznacza, że wirus już aktywnie krążył i zdążył się przedostać poza prowincję, nawet gdy chińskie władze otoczyły region i wdrożyły środki zapobiegawcze w całym kraju.

W nowym badaniu naukowcy wykorzystali analizy ewolucyjne zegara molekularnego, aby spróbować ustalić, kiedy wystąpił pierwszy faktyczny przypadek SARS-CoV-2.

„Zegar molekularny” to termin określający technikę, która wykorzystuje współczynnik mutacji genów do wnioskowania, kiedy istniał wspólny przodek wszystkich wariantów wirusa. Datowanie molekularne ostatniego wspólnego przodka jest zazwyczaj uważane za synonim przypadku indeksu pojawiającej się choroby, ale zdaniem naukowców przypadek indeksowy może poprzedzać wspólnego przodka.

– Faktycznie pierwszy przypadek tej epidemii mógł mieć miejsce kilka dni, tygodni lub nawet miesięcy przed szacowanym dotąd pacjentem zero. Chcieliśmy konkretnie ustalić długość tego „filogenetycznego lontu” – mówi dr Michael Worobey, profesor ekologii i biologii ewolucyjnej na Uniwersytecie Arizony.

W ten sposób naukowcy
oszacowali, że mediana liczby osób zakażonych SARS-CoV-2 w Chinach do 4 listopada 2019 roku była mniejsza niż 1. Trzynaście dni później były to cztery osoby, a 1 grudnia 2019 roku – dziewięć osób.

– Zazwyczaj naukowcy wykorzystują różnorodność genetyczną wirusów, aby określić moment, w którym wirus zaczął się rozprzestrzeniać – wskazuje dr Joel Wertheim. – Nasze badanie dodało kluczową warstwę do tego podejścia, która pozwala określić, jak długo wirus mógł krążyć, zanim wywołał obserwowaną różnorodność genetyczną.

Autorzy badania wykorzystali różnorodne narzędzia analityczne do modelowania, w jaki sposób wirus SARS-CoV-2 mógł się zachowywać podczas początkowej epidemii i wczesnych dni pandemii, kiedy był jeszcze niemal zupełnie nieznany. Narzędzia te obejmowały symulacje epidemii oparte m.in. na zdolności przenoszenia się. Zaledwie w 29,7 proc. symulacji wirus był w stanie wywołać samopodtrzymujące się epidemie. W pozostałych 70,3 proc. zainfekował stosunkowo niewiele osób, a następnie wygasł.

– Nasze podejście przyniosło zaskakujące rezultaty. Ponad dwie trzecie epidemii, którą próbowaliśmy symulować, wygasło. Oznacza to, że gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie i powtórzyć rok 2019 stukrotnie, to dwa na każde trzy razy COVID-19 sam wygasłby bez wywołania pandemii. To odkrycie potwierdza pogląd, że ludzie są nieustannie bombardowani odzwierzęcymi patogenami – podkreśla badacz. – Jest raczej mało prawdopodobne, by wirus w tamtym czasie mógł pojawić się poza Chinami, w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

Już wcześniejsze badania
naukowców z Uniwersytetu Glasgow potwierdzały, że SARS-CoV-2 przeskoczył z nietoperzy na ludzi bez większych zmian genetycznych. Zwykle wirusy, które przeskakują do nowego gatunku żywiciela, potrzebują trochę czasu, aby uzyskać taką adaptację, aby były tak samo zdolne do rozprzestrzeniania się jak SARS-CoV-2. Większość z nich nigdy nie przekracza tego etapu, co prowadzi do miejscowych wybuchów epidemii lub wygaśnięcia wirusa. W przypadku SARS-CoV-2 było inaczej, choć przez pierwsze 11 miesięcy pandemii wirus praktycznie nie mutował.

Według naukowców pierwotny szczep SARS-CoV-2 stał się epidemią, ponieważ był szeroko rozproszony, rozwijał się też na obszarach miejskich, gdzie transmisja jest łatwiejsza. W symulowanych epidemiach obejmujących mniej gęste społeczności wiejskie epidemie wyginęły w 94,5 do 99,6 proc. przypadków.

– Nadzór pandemiczny nie był przygotowany na wirusa takiego jak SARS-CoV-2 – podkreśla Joel Wertheim. – Szukaliśmy kolejnego SARS lub MERS, czegoś, co zabija ludzi w wysokim tempie, ale z perspektywy czasu widzimy, jak wysoce zaraźliwy wirus o niewielkim współczynniku śmiertelności może również rozłożyć cały świat na łopatki.

 

Czy brytyjski uśmierca częściej niż pierwotny SARS-CoV-2?

Fot.:WWW

Dane o wyższej śmiertelności powodowanej przez wariant brytyjski nie są zweryfikowane naukowo.

Wariant brytyjski B.1.1.7, południowoafrykański B.1.351 i brazylijski P.1 wirusa SARS-CoV-2 uznawane są obecnie za tzw. warianty alarmowe (variants of concern). Trwa dyskusja, czy niektóre z kolejnych, wykrytych w USA wariantów, np. kalifornijski lub nowojorski, także należy zaliczyć do tego grona. Należy spodziewać się, że na tych wariantach SARS-CoV-2  nie skończy się. 

Skąd te nazwy i po co?

– To określenie stosuje się, gdy dana wersja wirusa, kumulująca określone mutacje, może być bardziej zakaźna, mieć wpływ na kliniczny przebieg infekcji, zwiększać ryzyko reinfekcji lub znosić do pewnego stopnia skuteczność opracowanych szczepionek. Jeżeli istnieje podejrzenie, że przynajmniej jeden z tych warunków jest spełniany przez dany wariant to zyskuje on status alarmowego i podlega intensywnym badaniom, zarówno epidemiologicznym, molekularnym, jak i eksperymentalnym – wyjaśnia dr hab. Piotr Rzymski, biolog medyczny z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Najbardziej transmisyjny, czy najłatwiej się rozprzestrzeniającym, jest wariant brytyjski. Czy i jak wariant brytyjski wpływa na przebieg kliniczny zakażenia?

– Dane na ten temat wciąż nie są jednoznaczne. Niedawno ukazała się analiza w „British Medical Journal”, z której wynika, że zakażenie wariantem brytyjskim może potencjalnie wiązać się ze znacząco wyższym ryzykiem zgonu, w porównaniu do wcześniej występujących wariantów. Stwierdzono jednak, że ta różnica w śmiertelności, wynosząca 64 proc., występuje dopiero po upływie dwóch tygodni od zachorowania, czyli we wcześniejszym okresie choroby, przez pierwsze dwa tygodnie od momentu pojawienia się pierwszych objawów zakażenia, istotnych różnic pod tym względem nie ma. Obserwacja ta wymaga dalszych pogłębionych badań, m.in. w kierunku ustalenia przyczyn wyższej śmiertelności – podkreśla dr hab. Rzymski.

Jaki wpływ ma wariant brytyjski na przebieg COVID-19 i ryzyko zgonu? Wciąż nie ma pewności, czy wyższa śmiertelność, o ile rzeczywiście mamy z nią do czynienia, wynika np. z tego, że wariant brytyjski szybciej się namnaża i doprowadza do wyższego poziomu wiremii. Czy też może raczej dlatego, że istotnie zwiększa ryzyko wystąpienia incydentów zatorowo-zakrzepowych, które są bardzo groźnym powikłaniem i jak wiadomo nierzadko występują w przebiegu COVID-19. Być może jednak przyczyna tego jest jeszcze inna - nie ukrywa biolog.

Zdaniem poznańskiego naukowca, ponieważ dane o wyższej śmiertelności powodowanej przez wariant brytyjski pochodzą na razie tylko z badań obserwacyjnych, to powinny stać się one podstawą do przeprowadzenia specjalnych testówi. Chodzi o te, w których zwierzęta wrażliwe na koronawirusa, np. fretki, byłyby zakażane wariantem brytyjskim i wcześniejszymi wariantami niealarmowym. Sprawdzałoby się, czy rzeczywiście występują istotne różnice w śmiertelności oraz czym one są spowodowane, m.in. na podstawie badań histopatologicznych i biochemicznych.

 

Z Zielonym Certyfikatem w wakacyjne podróże?

Fot.:WPR

To nie jest dokument, ale pamiątka po szczepieniu.

To raczej bardziej niż mniej pewne, choć państwa członkowskie są sceptyczne wobec tej koncepcji Komisji Europejskiej. W Unii będzie wprowadzony tzw. paszport szczepionkowy. Oficjalnie: Cyfrowy Zielony Certyfikat. – Jest bardzo dużo kontrowersji, trzeba do tego tematu podejść precyzyjnie – uważa Bartosz Głowacki, wiceminister MSWiA.

Paszporty szczepień w myśl propozycji KE nie będą formalnym dokumentem, ale świadectwem szczepienia.

Taki (nie)formalny dokument w Polsce już obowiązuje. Przyznał to wiceminister Grodecki, goszcząc (23 marca) w radiu Wnet. Z obowiązku kwarantanny po powrocie z zagranicy zwolnieni są zaszczepieni przeciw C-19. Co prawda nadal nie ma na to jakiegoś formalnego dokumentu, poza potwierdzeniem szczepieniem, które można „wyprodukować” w kilka minut z pomocą komputera i drukarki, ale nazwiska zaszczepionych łatwo sprawdzić w bazie danych Narodowego Programu Szczepień.

Kontrowersje, kontrowersjami, a przewodnicząca KE Ursula von der Leyen przedstawiając (17 marca) założenia koncepcji takiego paszportu, mówiła o nim w czasie przyszłym, ale dokonanym: „będzie”. Zatem:

– Karta będzie bezpłatna, dwujęzyczna w języku wydającego ją państwa członkowskiego oraz w języku angielskim, bezpieczna, niedyskryminująca i dostępna w formacie cyfrowym lub papierowym, z których oba będą miały kody QR – wyjaśniała Ursula von der Leyen.

Certyfikat będzie zawierał:
• świadectwa szczepień, które określają markę zastosowanej szczepionki, dane i miejsce zaszczepienia oraz liczbę podanych dawek,
• negatywne certyfikaty testu (test NAAT / RT-PCR lub szybki test antygenowy), na razie testy do samokontroli nie będą uwzględniane,
• zaświadczenia lekarskie dla osób, które wyleczyły się z COVID-19 w ciągu ostatnich 180 dni.

Unia Europejska – ogłosiła Bruksela – pracuje obecnie nad systemem weryfikacyjnym, uwzględnianym we wszystkich państwach członkowskich. Oprócz członków UE, program uwzględni współpracę z krajami Europy niebędącymi członkami UE, tj. Islandią, Liechtensteinem, Norwegią i Szwajcarią.

Podobne rozwiązania wprowadzają, co podkreślił wiceminister MSWiA, poszczególne państwa na własny użytek i według własnego uznania. Paszporty zdrowotne wprowadziły m.in. w wzajemnych stosunkach Izrael i Grecja. Jerozolima zaproponowała takie samo rozwiązanie Francji. Ta odmówiła podkreślając, że sprawa paszportu zdrowotnego musi zostać rozstrzygnięta na szczeblu europejskim.

 

WHO: W przyszłości epidemii koronawirusa może być więcej

Fot.:Pixabay

Niektóre z tych patogenów mogą przeskoczyć barierę gatunkową.

Szczepionka Johnson & Johnson, która niedawno została dopuszczona do obrotu, może stanowić przełom w walce z koronawirusem. Wystarczy podanie tylko jednej dawki, a sam preparat może być przechowywany w temperaturze, jaka panuje w zwykłej lodówce. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy wirusów, a niektóre z tych patogenów nieuchronnie przedostaną się przez barierę gatunkową i spowodują nowe pandemie.

 Dlatego kluczowe jest opracowanie szczepionki przeciwko pankoronawirusowi.

– Preparat firmy Johnson & Johnson będzie prawdopodobnie przełomowy, ponieważ znacznie łatwiej jest szczepić pacjentów jedną dawką. Nie trzeba umawiać kolejnej wizyty, upewniać się, że pacjent przyjdzie ponownie, zapewniać dostępności preparatu na pierwszą i drugą dawkę. Im prostsze procedury, tym łatwiej można realizować program – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Niedawno do obrotu została dopuszczona szczepionka Johnson & Johnson. Zdaniem wielu ekspertów może się okazać przełomowa w walce z koronawirusem. Chociaż ma niższy ogólny wskaźnik skuteczności w Stanach Zjednoczonych (72 proc. przy nawet 95 proc. innych szczepionek), to badania firm były przeprowadzane w różnych miejscach, w różnym czasie.

Niższa wartość niż w przypadku już wcześniej dopuszczonych preparatów wiąże się prawdopodobnie z występowaniem mutacji koronawirusa, które podczas badań prowadzonych latem ubiegłego roku nie odgrywały jeszcze tak znaczącej roli.

Badania wykazały też, że nowa szczepionka chroni przed brazylijskim i południowoafrykańskim wariantem koronawirusa. Co istotne, w przeciwieństwie do pozostałych preparatów wystarczy jedna dawka zamiast dwóch, łatwiej też jest ją przechowywać.

– Preparat ten nie ma tak restrykcyjnych wymagań dotyczących temperatury przechowywania. Odchodzi więc sprawa posiadania dużej lodówki, a więc mniejsze są także nakłady. W rzeczywistości będziemy mieli jednak do czynienia z połączeniem różnych szczepionek i koniecznością dalszego stosowania znanych nam już środków, takich jak maski czy dezynfekcja dłoni. Sama szczepionka nie rozwiąże całego problemu niezależnie od tego, czy potrzebna będzie jedna, czy dwie dawki – wskazuje dr Paloma Cuchi. – Dopiero połączenie wszystkich środków bezpieczeństwa pozwoli nam osiągnąć przełom w walce z COVID-19.

Każdy podtyp koronawirusa może wielokrotnie mutować, tym samym skuteczność szczepionek może być z biegiem czasu i pojawianiem się kolejnych mutacji mniej skuteczna.

– Koronawirusów nie powinniśmy traktować odrębnie. Jest rodzina koronawirusów i wyróżniamy w jej ramach podtypy. To samo dotyczy grypy. W miarę zachorowań wirus grypy zmienia się w niewielkim stopniu. Należy pamiętać, że jest system, w ramach którego kraje obserwują różne szczepy tej samej rodziny, czyli podtypy koronawirusa. Bardzo ważne jest więc alarmowanie i monitorowanie sytuacji – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

W przyszłości epidemii koronawirusa może być więcej. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy i gatunki tej licznej rodziny wirusów.

Niektóre z tych patogenów mogą przeskoczyć barierę gatunkową. Dlatego obecnie naukowcy zaczynają opracowywać prototypy szczepionki przeciwko pankoronawirusowi, czyli przeciwko wszystkim koronawirusom. Pierwsze wyniki eksperymentów na zwierzętach są obiecujące.

Po pierwszej identyfikacji koronawirusów w latach 60. XX wieku nie stały się one priorytetem dla twórców szczepionek. Wydawało się, że powodują jedynie łagodne przeziębienia. Jednak w 2002 roku pojawił się nowy koronawirus, SARS-CoV, powodujący śmiertelne zapalenie płuc, zwane zespołem ostrego układu oddechowego. Niebezpieczeństwo koronawirusów stało się jeszcze wyraźniejsze w 2012 roku, kiedy drugi gatunek pochodzący od nietoperzy spowodował kolejną śmiertelną chorobę układu oddechowego, MERS. Naukowcy rozpoczęli prace nad szczepionkami, jednak niektórzy badacze zastanawiali się, czy stworzenie nowej szczepionki dla każdego nowego koronawirusa jest faktycznie najlepszym rozwiązaniem.

W 2019 roku pojawił się SARS-CoV-2, który choć ma znacznie niższy wskaźnik śmiertelności niż jego poprzednicy, to szybciej przenosi się z człowieka na człowieka. Wszystko wskazuje na to, że tylko szczepionka przeciwko pankoronawirusowi może pomóc w walce z kolejnymi pandemiami. Obecnie jednak, w przypadku COVID-19, szczepionki okazują się niemal całkowicie skuteczne, niezależnie od wariantów i mutacji koronawirusa. To zaś daje nadzieję, że wkrótce pandemia zacznie wygasać.

– Istotne, że mamy system, który zapewnia bieżącą obserwację sytuacji, aby społeczność międzynarodowa mogła wdrażać konieczne działania. Kolejną dobrą informacją jest to, że w wielu z dostępnych szczepionek możliwe jest dostosowanie cząsteczek neutralizujących, aby szczepionka działała na nowe szczepy koronawirusa. Mogą pojawiać się zmiany, wirus jest inteligentny i zmienia się z czasem, musimy więc pozostać czujni i gotowi – podkreśla dr Paloma Cuchi.

Co dalej ze szczepionkami „made in AstraZeneca”?

Fot.:AstraZeneca

Szczepionki tej firmy dopuszczono od obrotu w UE 29 stycznia 2021 r.

W piątek wszystko może się wydarzyć, ale raczej nie należy spodziewać się (po czwartkowej konferencji) ministra Michała Dworczyka i prezesa Grzegorza Cessaka, by w Polsce zawieszono użytkowanie szczepionki produkcji koncernu AstraZeneca (AZ)

Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, jest także odpowiedzialny w rządzie za realizacji Narodowej Strategii Szczepień przeciw COVID-19. Grzegorz Cessak kieruje natomiast Urzędem Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, polskim odpowiednikiem Europejskiej Agencji Medycznej (EMA).

Ta ostatnia, jak nic nie stanie na przeszkodzie, obiecała wypowiedzieć się w czwartek (18 marca) na temat rekomendacji dla szczepionki AZ. Kilka dni temu nie widziała przeciwwskazań, to stosowania A/Z, choć szczepienia tym produktem zawieszono w ponad 20 państwach, w tym kilku unijnych.

– Szczepionki AstryZeneki dają skuteczną ochronę przed ciężkim przebiegiem choroby, w tym przed zgonem. Ryzyko zgonów i hospitalizacji poprzez wstrzymanie szczepień preparatem AstraZeneca jest znacznie większe niż potencjalne, pojawiające się incydenty zatorowo-zakrzepowe, więc racjonalnym i merytorycznym działaniem jest pozostanie przy szczepieniach, dlatego Polska podjęła taką samą spójną decyzję jak EMA – wyjaśniał prezes Cessak. – Możliwe, że EMA przygotuje niezbędne zalecenia w celu minimalizacji ryzyka i ochrony zdrowia pacjentów. Możliwe, że wyłoni ewentualnie grupę ryzyka.

Ministra Dworczyka zapytano, czy w związku z tym, że wiele osób odmawia zaszczepienia AZ, czy wobec tego te szczepionki byłby dostępne dla grup, których szczepienie przypada w późniejszym terminie a gotowi są do przyjęcia AZ? Zdaniem ministra trzeba było zmienić harmonogram szczepień odpowiednim rozporządzeniem.

– Nie podjęliśmy jeszcze żadnych decyzji. Chcemy elastycznie dopasowywać się do sytuacji. Na takie decyzje będzie czas jutro, kiedy będziemy wiedzieli, ile osób z grupy wiekowej 67 i 68 lat zdecydowało się na rejestrację i zapisało na konkretny termin – wyjaśniał minister.

W Polsce od 4 marca 2020 r., gdy wykryto pierwszy przypadek COVID-19, zakażenie potwierdzono u 1 984 248 osób, zmarło 48 388.

Rząd na stronach gov.pl poinformował, że dotychczas podano 4 738 902 dawki szczepionki, w tym 3 074 378 pierwszej i 1 664 524 drugiej. Zgłoszono 4973 niepożądane odczyny, w większości łagodne. Do Polski dostarczono 5 728 100  dawek szczepionek kupionych w ramach dostaw wynegocjonowanych zbiorczo dla państw unijnych przez Komisję Europejską.

 

Przedświąteczny lockdown w całej Polsce

Zaskoczenia nie było. Tym bardziej, że o kilku dni po mediach krążyły nieoficjalne wieści, że lockdown w Polsce zapowiedziany zostanie w czwartek (18 marca) lub w piątek. A został ogłoszony w środę. Zacznie obowiązywać o 20 marca. Do 9 kwietnia. Jak sytuacja pandemiczna się pogorszy, to rząd zapowiada całkowity lockdown.

 – Jesteśmy na takim etapie, że jeżeli ten ruch nie spowoduje wygaszenia epidemii, czy przynajmniej spowolnienia trzeciej fali, to na pewno kolejne kroki będą już typowym lockdownem, sytuacją, gdzie będziemy zamykać zupełnie wszystko – zapowiedział mister zdrowia Adam Niedzielski.

A na razie, w związku z rosnąca liczbą zakażeń spowodowanych głównie brytyjską odmianą koronawirusa, rząd zadecydował rozszerzyć dotychczasowe obostrzenia na całą Polskę.

W ostatnim czasie w Polsce nastąpił znaczący wzrost zakażeń COVID-19. Brytyjska mutacja koronawirusa odpowiada już za ponad 52 proc. zachorowań. Z danych wynika, że ostatniej doby odnotowano ponad 25 tys. zakażeń, przy prawie 85 tys. wykonanych testów na koronawirusa. Rośnie także liczba zmarłych w związku z COVID-19.

Najgorzej – jeśli chodzi o dzienną liczbę zachorowań – sytuacja wygląda w województwie mazowieckim (4142) i śląskim (4030), a także małopolskim (2050) i wielkopolskim (2034).

W ostatnim tygodniu liczba zakażeń zwiększyła się o 38 proc., a liczba zgonów o 24 proc. Przybyło także zajętych łóżek covidowych – wzrost o 17 proc. Obecnie w Polsce jest:

• 21 511 zajętych łóżek – 72 proc.;
• 2193 zajętych respiratorów – 74 proc.;
• 8444 wolne łóżka oraz 786 wolnych respiratorów

Od 20 marca do 9 kwietnia w całej Polsce będą obowiązywały następujące ograniczenia. Swoją działalność muszą zawiesić:

• hotele (wyjątkiem są m.in. hotele robotnicze, a także noclegi świadczone w ramach podróży służbowych – dokładny katalog wyjątków wraz z wymaganym potwierdzeniem odbywania podróży służbowej znajdzie się w rozporządzeniu);
• galerie handlowe – z wyjątkiem m.in.: sklepów spożywczych, aptek i drogerii, salonów prasowych, księgarni, sklepów zoologicznych i z artykułami budowlanymi. W galeriach handlowych nadal będą mogły działać m.in. usługi fryzjerskie, optyczne, bankowe, pralnie;
• teatry, muzea, galerie sztuki (możliwa jest jednak organizacja prób i ćwiczeń, a także wydarzeń online);

• kina (zakaz projekcji filmów dotyczy również domów i ośrodków kultury);
• baseny (wyjątkiem są baseny w podmiotach wykonujących działalność leczniczą i dla członków kadry narodowej);
♦ sauny, solaria, łaźnie tureckie, salony odchudzające, kasyna;

• stoki narciarskie;
• kluby fitness i siłownie;
• obiekty sportowe (mogą działać wyłącznie na potrzeby sportu zawodowego i bez udziału publiczności).

Ważne! Ze względów bezpieczeństwa, wszyscy uczniowie w Polsce – w tym także w klasach 1-3 – będą uczyć się zdalnie. W całym kraju zalecamy także pracę on-line – wszędzie tam, gdzie jest to możliwe.

„Decyzje w sprawie obostrzeń podejmujemy wspólnie z naszymi ekspertami z dziedziny zdrowia publicznego, wirusologami i epidemiologami. Aby zmniejszyć tempo rozwoju COVID-19, musimy ograniczyć mobilność społeczną, która jest kluczowa w walce z koronawirusem” - tłumaczy strona rządowa.

 

Istniejące szczepionki zachowują skuteczność

Europosłowie z Komisji Środowiska, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności (ENVI) wysłuchali wypowiedzi ekspertów z Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), Europejskiej Agencji Leków (EMA) oraz Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w sprawie skuteczności szczepionek przeciwko mutacjom koronawirusa. Szczepionki są skuteczne i w takich przypadkach.

Szef nadzoru w ECDC dr Bruno Ciancio powiedział, że w tej chwili w UE obecne są trzy główne warianty budzące obawy: brytyjski, południowoafrykański i brazylijski.

Według eksperta, na podstawie obecnej wiedzy na temat wariantów modele ECDC przewidują, że obecne środki i strategia szczepień wprowadzona przez UE będą nadal skuteczne, ale podkreślił znaczenie śledzenia przez kraje wariantów i ich rozprzestrzeniania się.

Dotychczas w grupie krajów UE, Islandii, Liechtensteinie i Norwegii odnotowano
• 24 tys. przypadków wariantu brytyjskiego koronawirusa w 28 krajach,
• 900 przypadków wariantu południowoafrykańskiego w 18 krajach oraz
• 200 przypadków wariantu brazylijskiego w 9 krajach.

Przewodniczący awaryjnej grupy zadaniowej ds. COVID-19 w EMA dr Marco Cavaleri powiedział, że Europejska Agencja Leków ściśle monitoruje badania dot. skuteczności szczepionek przeciwko nowym wariantom koronawirusa. Według niego, proces zatwierdzania szczepionek przystosowanych do nowych wariantów byłby szybszy.

– Producenci nie muszą ponownie przesyłać wszystkich materiałów od zera, ale zostaną one zatwierdzone jako zmiana dawek, które doprowadziły do pierwszego zatwierdzenia szczepionki. To zaoszczędzi dużo czasu, a proces będzie prostszy i bardziej elastyczny.

Dyrektor ds. szczepionek i leków biologicznych w WHO Katherine O'Brien podkreśliła potrzebę globalnie skoordynowanej reakcji, aby zapewnić właściwy nadzór i ocenę wariantów, mierzenie ich potencjalnego wpływu na szczepionki, modyfikacje składu szczepionek oraz dostęp do szczepionek i ich alokację.

Podkreśliła również znaczenie kierowanego do społeczeństwa przekazu, aby podnosić zaufanie publiczne, a także z powodu wysokiego ryzyka dezinformacji na temat skuteczności istniejących szczepionek.

Komisja Europejska zareagowała na nowe warianty koronawirusa, przedstawiając w poniedziałek (15 marca) parlamentarnej komisji ENVI plan gotowości Inkubator HERA. Jego celem jest koordynacja działań naukowców, przemysłu, organów regulacyjnych i władz publicznych, aby zapewnić szybki rozwój, zatwierdzanie i wystarczającą produkcję szczepionek przeciw nowym wariantom. Inkubator HERA skoncentruje się na: szybkim wykrywaniu i adaptacji do wariantów wirusów, szybszym zatwierdzaniu szczepionek oraz większych mocach produkcyjnych.


Wieści

Ostatnie wideo

Podziękowania

Podziękowania dla ZRM S04 24 :-)

3 grudnia 2020

POBIERZ poradnik ćwiczeń dla pocovidowców i WYDRUKUJ

10 listopada 2020

Od Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Katowicach

3 listopada 2020

Z okazji DRM od Komendy Wojewódzkiej Policji

16 października 2020

Strażacy ratownikom z okazji DRM

15 października 2020

Prezydent Katowic z życzeniami dla ratowników

15 października 2020

Życzenia na DRM od wiceministra zdrowia

15 października 2020