Start Kategoria SARS-CoV-2/COVID-19

SARS-CoV-2/COVID-19

Zaskoczenia nie było. Nowe rygory epidemiczne od 27 lutego

Fot.:MZ

Głuchoniemych też należy poinformować o nowych rygorach.

Od soboty (27 lutego) osoby przyjeżdzające z Czech i Słowacji będzie obowiązywała kwarantanna. Również od 27 lutego zostanie wprowadzony obowiązek zasłaniania ust i nosa maseczką. Natomiast w województwie warmińsko-mazurskim - ze względu na sytuację epidemiologiczną - przywrócone zostaną obostrzenia. Reszta obecnie obowiązujących zasad zostaje przedłużona do 14 marca - poinformował podczas środowej (24 lutego) konferencji prasowej minister zdrowia dr Adam Niedzielski.

 W środę odnotowano 12146 nowych potwierdzonych zakażeń koronawirusem SARS-CoV-2. Przekroczona została bariera 10 tys. nowych zakażeń na dobę.

– Trzecia fala się rozpędza – podkreślił minister zdrowia Adam Niedzielski. – Widzimy wzrost liczby nowych zakażeń. Dynamika zakażeń zaczyna doganiać te, które mieliśmy na początku drugiej fali, czyli w październiku ubiegłego roku. Liczba zakażeń wzrasta obecnie o 20-30 proc. co tydzień. Średnia dzienna liczba nowych przypadków osiągnęła już 8 tys. przypadków, a jeszcze tydzień temu było 6 tysięcy przypadków.

Minister zdrowia wskazał, że także inne parametry świadczą o rozwoju epidemii.

– Obserwujemy wzrost obłożenia łóżek dla pacjentów z COVID-19. W ostatnim tygodniu obłożenie takich łóżek wzrosło o ponad 1200, a do tej pory z tygodnia na tydzień były spadki, nawet o tysiąc łóżek.

Szef resortu zdrowia poinformował, że kolejnym elementem wskazującym na rozwój epidemii jest wzrost liczby testów zlecanych przez lekarzy.

– W ostatnim czasie liczba zlecanych testów wzrosła o 24 proc. Dziś przekroczyliśmy liczbę 60 tys. wykonanych testów.

Koronawirusy, jak wszystkie wirusy RNA, cechują się łatwością mutacji. Od początku pandemii pojawiały się jego nowe warianty, co utrudnia walkę z pandemią. W Polsce zidentyfikowano do tej pory mutacje południowoafrykańską i brytyjską.

– Widzimy niepokojący trend wzrostu udziału mutacji brytyjskiej w liczbie badanych próbek w Polsce.W styczniu tego roku udział tej mutacji był na poziomie 5 proc., teraz wzrósł już do ponad 10 proc. – poinformował szef resortu zdrowia.

Zmiany wprowadzone od 27 lutego
Szef resortu zdrowia poinformował również o dodatkowych zmianach w obostrzeniach, które będą obowiązywać od 27 lutego.

Od soboty osoby przyjeżdzające z Czech i Słowacji będą objęte kwarantanną.

– Jednak nie będzie to dotyczyło osób zaszczepionych dwoma dawkami lub posiadających negatywny wynik testu – wskazał minister Adam Niedzielski

Od tego dnia zostanie wprowadzony również zakaz używania przyłbic, kominów, szalików. Do zasłaniania ust i nosa należy używać maseczek.

Jak tłumaczyła prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz, konsultant krajowy ds. epidemiologii, przyłbica nie zasłania szczelnie twarzy, dlatego patogeny takie jak wirus SARS-CoV-2 mogą się dostawać przez szczeliny.

Na podstawie ponad 200 badań wykazano, że prawidłowo noszone maseczki, zasłaniające nos i usta, chronią nas najlepiej.

– Takie zamienniki jak chusty, szaliki czy przyłbice są nieskuteczne – mówiła prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

Powrót obostrzeń w województwie warmińsko-mazurskim
Szef resortu zdrowia podkreślał, że w Polsce sytuacja epidemiologiczna jest zróżnicowana – inaczej wygląda na północy, a inaczej na południu kraju.

W związku z tym dotychczasowe restrykcje utrzymane zostaną w całym kraju, oprócz województwa warmińsko-mazurskiego, w którym sytuacja epidemiologiczna jest najbardziej niepokojąca.

Wskaźnik nowych zakażeń w województwie warmińsko-mazurskim wynosi 45 w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców, a średnia w przeliczeniu w całym kraju to 20 nowych dziennych zakażeń na 100 tys. mieszkańców.

Dlatego od 27 lutego w tym regionie znów będą zamknięte hotele, galerie handlowe, kina, teatry, muzea, galerie, baseny, korty tenisowe i wróci nauka zdalna dla uczniów klas I-III szkół podstawowych - podał szef resortu zdrowia.

Na polecenie ministra zdrowia Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Olsztynie przebadała 24 próbki i otrzymała 16 wyników wariantu brytyjskiego. Zachorowania wywołane wariantem brytyjskim dotyczyły głównie powiatów olsztyńskiego, ostródzkiego oraz elbląskiego. Wśród potwierdzonych wariantów brytyjskich wystąpiły dwa ogniska rodzinne.

 

Dbajcie o nosy, wzmacniajcie odporność – radzą eksperci

Fot.:pixabay.com

Kropli przeciwcovidowych, niestety, jeszcze nie oparacowano.

Zdrowy i aktywny tryb życia oraz stosowanie preparatów do nosa opartych na wyciągach roślinnych, m.in. z czystka kreteńskiego mogą znacząco wspomóc ochronę organizmu przed poważną infekcją – podkreślali eksperci podczas konferencji prasowej online „Gardło, nos, wirusy w czasie COVID-19. Jak zapobiegać?” zorganizowanej przez Instytut Komunikacji Zdrowotnej. Partnerem konferencji była firma Herb Pharma.

Sprawne działanie układu odpornościowego jest szczególnie istotne w sezonie przeziębieniowo-grypowym oraz podczas trwającej obecnie pandemii koronawirusa. Drobnoustroje wnikają do organizmu poprzez górne drogi oddechowe.

– Nos stanowi pierwsza barierę ochronną. I ta pierwsza bariera ochronna jest bardzo ważna, bo naprawdę istnieje duża szansa, że ograniczymy rozprzestrzenianie się wirusa na cały organizm – mówi dr Agnieszka Dmowska-Koroblewska, laryngolog i otorynolaryngolog. - W obrębie błony śluzowej jamy nosa są rzęski, które zatrzymują drobnoustroje na tym poziomie” – dodaje.

Jak wyjaśnia ekspertka, również śluz znajdujący się w nosie pełni bardzo ważną funkcję zabezpieczającą przed przeniesieniem się infekcji na dolne drogi oddechowe (oskrzela, płuca). W jego skład wchodzą glikoproteiny, które wychwytują wirusy i bakterie, immunoglobulina IgA neutralizująca czynniki chorobotwórcze oraz enzym laktoferyna, która hamuje rozwój drobnoustrojów.

– Dobrze działający nos, to dobra pierwsza ochrona organizmu – zaznacza dr Dmowska-Koroblewska.

Jednak nie zawsze jest tak, że jama nosowa jest w pełni sprawna i bez zarzutu spełnia swoje zadanie. W grupie ryzyka znajdują się m.in. osoby ze skrzywioną przegrodą nosową, z polipami w jamie nosowej, alergicy, chorzy na POChP oraz osoby z obniżona odpornością np. cukrzycy, osoby starsze czy otyłe, a także małe dzieci.

Wówczas, jak podkreślają eksperci, wsparcie stanowią preparaty w sprayu oparte o wyciągi z roślin takich jak czystek kreteński czy jeżówka purpurowa. W okresach szczególnego zagrożenia infekcjami wirusowymi warto, by każdy korzystał z ich funkcji ochronnej.

– Zwłaszcza w okresie pandemii te dodatkowe preparaty powinny być stosowane na czułą błonę śluzową jamy nosowej, ponieważ pomagają w pełnieniu funkcji obronnych nosa. Wskazany jest przede wszystkim czystek kreteński zawierający polifenole, które chronią przed wnikaniem drobnoustrojów do organizmu. Również działa on stymulująco na układ odpornościowy, ma też działanie antyoksydacyjne, co ogranicza wpływ drobnoustrojów na nasz organizm – wyjaśnia dr Agnieszka Dmowska-Koroblewska.

Jej zdaniem dobrze również, by w składzie preparatów znajdowała się jeżówka purpurowa, która ma silne działanie immunostymulujące oraz witamina A - bardzo istotna dla regeneracji naskórka błony śluzowej.

By utrudnić wirusom i bakteriom dostęp do naszego organizmu, standardowym postepowaniem jest zakrywanie nosa i ust oraz zachowywanie dystansu, zwłaszcza w pomieszczenia zamkniętych. Ale istnieje jeszcze szereg rozwiązań ponadstandardowych, które możemy wykorzystać. Jedną z takich możliwości są preparaty w postaci sprayu, tabletek czy pastylek do ssania, które można wykorzystać jako naturalne sposoby aktywnego odkażania – wskazuje lek med. Robert Książopolski, dietetyk medyczny. - Wydaje się, że uzasadnione jest stosowanie, zwłaszcza w okresach większego narażenia, także takich dodatkowych, aktywnych środków profilaktycznych zabezpieczających błony śluzowe nosa czy gardła”.

Eksperci podkreślali również, że filarami dobrej odporności przez cały rok są przede wszystkim: dieta bogata w witaminy i mikroelementy, dobry nieprzerywany sen, wysiłek fizyczny, hartowanie organizmu. Od siebie dodamy, uzupełniając depeszę PAP, że najbardziej odporność wzmocni pokonanie epidemii.

 

Czy amantadyna jest skuteczna w leczeniu objawowego COVID-19?

Fot.:NET

Wątpliwości trzeba w końcu wyjaśnić.

Jedni twierdzą, że tak. Inni – że nie. Zespól badawczy pod kierownictwem prof. ADAMA BARCZYKA, kierownika Katedry i Kliniki Pneumonologii Wydziału Nauk Medycznych Śląskiego Uniwersytetu Medycznego ma rozwiać te wątpliwości. Badania ruszą w połowie marca.

Jakby ktoś nie wiedział, a chyba niewiele jest takich osób w Polsce, amantadyna jest lekiem używanym od wielu lat w leczeniu choroby Parkinsona i grypy A. Od jesieni C-19 leczy nią przemyski pulmonolog, lekarz specjalista pediatra Włodzimierz Bodnar. Wyleczył osobiście kilkuset chorych na C-19. Uważa, że wielokrotnie więcej wyleczyli inni lekarze, którzy stosują opracowany przez niego schemat terapii.

Tymczasem część środowiska medycznego ją krytykuje, bo brak wiarygodnych dowodów na to, że amantadyna, jest skuteczna w terapii COVID-19. I właśnie te wątpliwości mają rozwiać badania prowadzone równocześnie przez prof. Barczyka oraz neurologa prof. Konrada Rejdaka z Lublina. Badania kliniczne sfinansuje Agencja Badań Medycznych.

– W badaniu ma wziąć udział 500 pacjentów – ochotników z dwudziestu oddziałów covidowych z całej Polski. Połowa z nich dostanie lek, a połowa placebo – wyjaśnia prof. Barczyk.

Pacjenci do badania zostaną wybrani losowo i będzie to tzw. grupa podwójnie zaślepiona. Oznacza to, że do zakończenia nikt nie będzie wiedział, ani pacjent, ani lekarz, czy dany pacjent otrzymał lek, czy placebo.

W badaniach uczestniczyć będą pacjenci hospitalizowani z potwierdzonym zakażeniem SARS-CoV-2 z umiarkowanym lub ciężkim przebiegiem COVID-19, u których pierwsze objawy wystąpiły nie wcześniej niż 7 dni przed włączeniem do badania.

Kiedy poznamy wyniki badań? Kiedy będzie wiadomo, że amantadyna działa w leczeniu C-19 czy też nie działa?

– Zakończenie badania zależy od wielu czynników, w tym od tempa rekrutacji. Naszemu zespołowi zależy oczywiście, by badanie zakończyło się szybko – podkreśla prof. Barczyk.

Pacjenci zrekrutowani do badania otrzymają, oprócz amantadyny i placebo, standardowe „antycovidowe” leczenie. Amantadyna będzie podawana wg standardu wypracowanego przez doktora Bodnara. Każdy z ochotników będzie pod obserwacją przez 28 dni.

Co o leku sądzi prof. Barczyk? Nic nie sądzi. Nie jest ani za tymi, którzy są ZA lekiem, ani za tymi, którzy są PRZECIW.

Jestem naukowcem i mam odpowiedzieć na pytanie: czy mamy do czynienia z fałszywą czy z prawdziwą hipotezą? Nie opowiadam się za jedną lub drugą stroną, bo wówczas byłbym niewiarygodny. Chcę dojść do prawdy – podkreśla prof. Barczyk.

Te badania będą prowadzone według najwyższych, amerykańskich, standardów. Same w sobie są pionierskie, bo dotychczas nigdzie nie badano amantadyny pod względem jej użycia w leczeniu COVID-19.

Depresja (po)COVIDowa – bezsenność i strach przed przyszłością

W świecie choruje na nie ponad 260 mln osób. W Polsce cierpi na nie ok. miliona osób. Stres, poczucie niepewności, obawy o zdrowie, strach przed utratą pracy... To były czynniki wywołujące zaburzenia depresyjne przed epidemią. Ona je teraz spotęgowała.

Depresje nieleczone mogą doprowadzić do tak zwanego stuporu, czyli stanu paraliżu, kiedy chory nie jest w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą. Niebezpieczne mogą okazać się również myśli samobójcze, które towarzyszą osobom cierpiącym na depresje. W tym sensie depresja jest chorobą śmiertelną. Każdego dnia średnio szesnaścioro Polaków odbiera sobie życie...

– Depresja klinicznie ma bardzo wiele postaci, w zależności od tego jaki objaw lub objawy dominują. Wspólnym mianownikiem wszystkich rodzajów depresji jest spadek nastroju, który nie ma związku z obiektywną sytuacją, zmniejszenie lub zanik zdolności do odczuwania przyjemności i zainteresowania oraz zmęczenie i brak energii. Pojedynczy objaw nie czyni depresji. Muszą występować co najmniej dwa. Muszą one również utrzymywać się przez co najmniej dwa tygodnie. Jeżeli takie objawy utrzymują się krócej, np. trzy dni to jest to chandra, a nie depresja – wyjaśnia prof. Marek Krzystanek, kierownik Kliniki Rehabilitacji Psychiatrycznej Katedry Psychiatrii i Psychoterapii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Doświadczenia niczym z wojny
Wzrost zachorowań na depresję na całym świecie miał miejsce już przed pandemią COVID-19. Ona jednak znacznie ten proces przyspieszyła. Nie ma się czemu dziwić, bo sytuacja, z którą się mierzymy – paraliż w wymiarze globalnym, zagrożenie dla zdrowia i życia swojego i bliskich, utrata pracy i przychodów, zachwianie poczucia bezpieczeństwa związane z tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak pandemia będzie się rozwijać w przyszłości – to są jedne z najsilniej oddziałujących stresorów. Współczesne pokolenie jest pierwszym, które nie doświadczyło wojny i po raz pierwszy zmaga się z tak ekstremalnymi warunkami – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Wiśniewska, psycholog społeczna i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Na nawracające zaburzenia depresyjne cierpi około 3 proc. populacji, jednak biorąc pod uwagę wszystkie formy zaburzeń depresyjnych można szacować, że cierpi na nie około 15-20 proc. populacji osób dorosłych.

Załamany i niewyspany
Z depresją powiązana jest bezsenność. Tzw. pierwotna, czyli idiopatyczna bezsenność – dotyczy ok. 10-15 proc. wszystkich przypadków bezsenności. Zwykle mamy do czynienia z bezsennością objawową i depresja jest jej najczęstszą przyczyną.

– Zaburzenia snu w depresji mogą mieć różną postać. W depresji reaktywnej, czyli tej spowodowanej przeżywanym długotrwałym stresem, charakterystyczne są problemy z zasypianiem, fizjologiczne człowiek zasypia w ciągu 10-20 minut, a w starszym wieku do godziny. W nawracającej depresji, czyli depresji samoistnej – endogennej, charakterystyczne jest wczesne budzenie się, zwykle dwie godziny w porównaniu ze zwykłą porą wstawania. Sen w depresji normalizuje się jako ostatni – jest jakby sygnałem wyleczenia choroby – ocenia prof. Krzystanek.

Media generują strach
Nie każdy ma nerwy ze stali i charakter stoika niewzruszonego na zewnętrzne bodźce. A już szczególnie dotyczy to tych, którzy przeszli przez chorobą, a jeszcze bardziej tych, którzy ciężko ją przechorowali. Specjaliści dostrzegają wiele niepokojących zjawisk, związanych z epidemią COVID-19 i chorobami psychicznymi. Zmniejszyła się, nawet o jedną trzecią, liczba pacjentów, przyjmowanych w poradniach zdrowia psychicznego. Nie oznacza to jednak, że zmniejszyła się częstość zaburzeń psychicznych, w tym depresji. Te osoby z powodu znacznego pogorszenia ich stanu psychicznego trafiają na oddziały psychiatryczne

Utrudniony dostęp do leczenia innego niż covidowe jest tak znanym faktem, że nie ma potrzeby wyjaśniać „co” i „dlaczego”.

– Dużą pomocą okazała się w tych warunkach telemedycyna, większość wizyt u psychiatry odbywa się obecnie zdalnie. Ale nie każdy pacjent jest w stanie skorzystać z tej możliwości – nie ukrywa prof. Krzystanek.

Psychiatra podkreśla, że 8 na 10 jego pacjentów, jako przyczynę pogorszenia zdrowia psychicznego, wskazuje panikę społeczną i strach przed chorobą, generowane… przez media. Epidemiczna atmosfera działa negatywnie nie tylko na tzw. przeciętnych ludzi. Również takich, którzy wydają być się silnej konstrukcji, nie tylko fizycznej.

– W Klinice Rehabilitacji Psychiatrycznej przeprowadziliśmy badanie na 435 osobach, aktywnie uprawiających sport. Badanie to wykazało znaczne pogorszenie ich zdrowia psychicznego, spowodowane przez wprowadzenie restrykcji w poruszaniu się. Myślę, że rzetelna i wiarygodna informacja na temat realnego zagrożenia jest w sytuacji pandemii lekiem równie ważnym, jak farmakoterapia – twierdzi specjalista.

Depresję trzeba leczyć
– Depresja jest zaburzeniem pracy mózgu, a leczenie farmakologiczne jest jednym ze sposobów normalizacji objawów tego zaburzenia. Jedną z funkcji mózgu jest utrzymanie nastroju, czyli stabilnego komfortu emocjonalnego i zdolności do odpowiedniego reagowania na różne sytuacje przyjemnością, ochotą i zainteresowaniem – wyjaśnia prof. Krzystanek. – Kiedy zaczynamy leczenie depresji, leki przeciwdepresyjne powodują zmianę w działaniu neuronów przez wzmocnienie ich działania, a zarazem powodują ich przebudowę. Komórki nerwowe tworzą nowe białka strukturalne, enzymatyczne i receptorowe, które odnawiają komórki nerwowe, przez co stają się one silniejsze i lepiej wykonują swoje funkcje.

Takie wzmocnienie, przebudowa i zmiana zajmują więcej czasu, dlatego leki te działają wolniej – ich efekt zauważalny jest zwykle dopiero po dwóch tygodniach leczenia. W starszym wieku ten okres może wydłużyć się nawet do 2-3 miesięcy. Jest to jedno z najbardziej frustrujących przeżyć pacjentów i ich rodzin w czasie leczenia depresji – konieczność czekania na efekt.

– W przypadku leczenia depresji psychiatria jest rzeczywiście sztuką cierpliwości – podsumowuje prof. Krzystanek

Dodajmy, że badania prowadzone przez zespół naukowy z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego pokazały,  pandemiu 37 proc. badanych wywołała objawy stresu pourazowego (PTSD). Podobny odsetek (38 proc.) zgłaszał nasilone objawy depresyjne, a aż 62 proc. – objawy lęku uogólnionego.

Niewiele wskazuje, by pandemia przeszłą do historii w tym roku.

Rzecznik MZ o niewydolności systemu i kontroli epidemii

Fot.:MZ

Rzecznik rządu: Dzięki temu, że będziemy kontrolować pandemię, będzie można wprowadzić pewien plan odbudowy zdrowia.

Zasadniczo rzecznicy prasowi ministerstw, jeśli mają wypowiadać dla jakiejś agencji informacyjnej, to czynią to dla Polskiej Agencji Prasowej. Sytuacja jest tak jaka jest, a wszystko wskazuje na to, że zmieni się, więc rzecznik Ministerstwa Zdrowia rozszerza możliwości dotarcia do odbiorców. – Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz.

Początek trzeciej fali pandemii w Polsce, jak wskazuje rzecznik resortu, jest już faktem o czym świadczyma nie tylko rosnąca dynamika wzrostu zakażeń, ale i coraz większa liczba osób hospitalizowanych. W niedzielę (21 lutego) resort zdrowia poinformował o 7038 nowych zakażeniach i 94 zgonach z powodu COVID-19. Liczba aktywnych przypadków w Polsce wynosiła 218 tys., z czego ponad 12,6 tys. chorych przebywało w szpitalach, w tym 1340 pod respiratorami. W ciągu doby wykonano 37,4 tys. testów.

Lekarze od tygodni alarmują, że konsekwencją przedłużającej się pandemii i niewydolności systemu służby zdrowia jest narastający w społeczeństwie dług zdrowotny.

Do POZ i specjalistów zgłasza się w tej chwili zdecydowanie mniej pacjentów, a wielu spośród nich jest już w zaawansowanym stadium chorób np. onkologicznych czy kardiologicznych.

Z danych NFZ
przytaczanych przez Polskie Towarzystwo Onkologiczne wynika, że w 2020 r. wystawiono ponad 17 tys. mniej kart diagnostyki i leczenia onkologicznego niż w 2019 roku. Tegoroczne statystyki też wskazują na niepokojący trend (ponad 3 tys. kart mniej w styczniu niż przed rokiem, w styczniu 2020 r.). Na badania przesiewowe w kierunku raka piersi zgłosiło się w ubiegłym roku 33 proc. kobiet w wieku 50–69 lat (przed pandemią było to 55–60 proc.), a cytologię wykonało ok. 14 proc. kobiet w wieku 25–59 lat (przed pandemią 30–40 proc.). Lekarze alarmują, ze najgorzej statystyki wyglądają w kolonoskopii, na którą w niektórych województwach zgłosiło się tylko kilka procent uprawnionych.

– Mniej pacjentów w ostatnim roku zgłaszało się na diagnostykę kardiologiczną. Ci, którzy docierają do kardiologa, do ambulatoryjnej pomocy specjalistycznej, często mają już zaawansowane choroby. Widzimy, że również w chorobach onkologicznych pacjenci często zgłaszają się z dużym opóźnieniem, a wtedy ich leczenie jest dużo trudniejsze. To są dwa podstawowe schorzenia, w których konsekwencje opóźnionej diagnostyki mogą być najpoważniejsze, ale na pewno nie jedyne – wylicza Wojciech Andrusiewicz..

Rząd ma plan
na złagodzenie długu zdrowotnego i odbudowę zdrowia Polaków po pandemii, ale najpierw konieczne jest opanowanie sytuacji epidemiologicznej i wyhamowanie wzrostu zakażeń.

– Dzięki temu, że będziemy kontrolować pandemię, będzie można wprowadzić pewien plan odbudowy zdrowia, w którym każdy Polak powyżej 40. roku życia będzie mógł zdiagnozować się pod kątem cukrzycy, pod kątem chorób kardiologicznych i onkologicznych. Po drugie, chcemy też wdrożyć odlimitowanie wizyt u specjalistów, żeby podjąć się leczenia i diagnostyki specjalistycznej. Ale w trakcie rozwijającej się trzeciej fali pandemii tego nie zrobimy – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia. – Jeszcze do niedawna liczba zakażeń koronawirusem w Polsce malała, nie w sposób drastyczny, ale była dynamika spadków. Natomiast od ponad tygodnia obserwujemy już wzrost. Najpierw delikatny, w granicach 100 zakażeń dziennie więcej, ale ostatnie dni to już wzrost w granicach ok. 2 tys. zakażeń więcej w stosunku do tego samego dnia w poprzednim tygodniu.

Jak podkreśla, na początek trzeciej fali pandemii COVID-19 wskazuje też rosnąca liczba zakażonych SARS-CoV-2 w szpitalach. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że niedziela była już trzecim dniem z kolei, w którym liczba osób hospitalizowanych wzrosła (do 12 609 osób).

– Kolejną daną potwierdzającą, że rzeczywiście mamy do czynienia z początkiem trzeciej fali, jest dość duży wzrost zleceń z podstawowej opieki zdrowotnej, zleceń na testy pod kątem koronawirusa. W skali tygodnia jest to wzrost o ok. 12 tys. testów, więc nie jest to mało. Co oczywiste, rośnie więc też liczba wykonywanych testów. Te wszystkie dane składają się w jedną całość – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Rząd od 12 lutego
warunkowo poluzował
część obostrzeń, dzięki czemu działalność wznowiły m.in. kina, teatry, hotele i stoki narciarskie. W efekcie w miniony, walentynkowy weekend najazd turystów przeżywały zwłaszcza górskie miejscowości. W mediach gościły informacje o tłumach ludzi na stokach narciarskich i spontanicznych, masowych imprezach odbywających się na zakopiańskich Krupówkach bez zachowania jakiegokolwiek reżimu sanitarnego. Według epidemiologów incydenty z minionego weekendu nie są jednak jeszcze widoczne w statystykach dotyczących liczby zakażeń.

– Mamy do czynienia ze wzrostem skali naszej aktywności i pewnym poluzowaniem, ale nie restrykcji, tylko poluzowaniem zasad, którymi powinniśmy się kierować, odpowiedzialności i naszego podejścia do reżimu sanitarnego. Rozumiemy, że psychicznie ciężko żyje się w tych obostrzeniach i trudno ten reżim utrzymać. Jednak nadmierne luzowanie sobie służy rozwojowi pandemii. Jeśli w najbliższych dniach dołożymy do tego masowe lekceważenie reżimu sanitarnego – czy to na stokach, czy w hotelach – to możemy notować wybuch pandemii podobnie jak w Czechach czy na Słowacji. A tego chyba wszyscy wolelibyśmy uniknąć – podkreśla rzecznik MZ.

Rząd nie wyklucza powrotu do części obostrzeń, jeżeli tendencja wzrostowa liczby zakażeń będzie się utrzymywać.

– Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Jeżeli będziemy widzieli odbicie ze skali zachorowań, którą mieliśmy jeszcze dwa tygodnie temu, czyli z pułapu mniej więcej 5,5 tys. zakażeń na dobę, to trudniej będzie pohamować rosnącą skalę wzrostów. Jeżeli nie chcemy ponownego zamknięcia, jeżeli chcemy żyć w miarę normalnie przy tych obostrzeniach, które obowiązują, to nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – podsumowuje Wojciech Andrusiewicz.

 

Szczepionka nie chroni przez zarażeniem, ale przed ciężką chorobą

Poniżej 50 proc. spadła w lutym liczba gotowych się zaszczepić przeciw COVID-19. Możliwe, że jedną z przyczyn jest to, że trzecia szczepionka podawana w Polsce – produkcji konsorcjum AstraZeneca/BioNTech ma skuteczność znacznie mniejszą od szczepionek mRNA.

To co producent podaje, a propos skuteczności szczepionki w jej „instrukcji serwisowej”, może zaistnieć, ale nie musi.

Deklarowaną skuteczność szczepionki wykazano w badaniach klinicznych produktu.

W codziennym użytkowaniu zależy ona od wielu czynników, choćby od wieku szczepionego, jego stanu zdrowia czy czasu, który upłynął od szczepienia. Używając języka publicystycznego o tym, jaka jest skuteczność szczepionki, przekonamy się w „praniu”, czyli po jakimś czasie. Z pewnością nie po paru miesiącach.

Jak wysoka jest skuteczność różnych szczepionek?

Przeciwko ospie wietrznej po podaniu 2 dawek można uzyskać minimum 95-proc. odporność. Przeciwko błonicy - powyżej 95 proc. (konieczne dawki przypominające). Krztusiec (koklusz): 78-90 proc.(w zależności od rodzaju szczepionki), ochrona utrzymuje się przez 3-10 lat po ostatniej dawce. Tężec: powyżej 90 proc. (również konieczne dawki przypominające). Sezonowe szczepionki przeciw grypie: od 40 do 60 proc. skuteczności.

– Fakt, że poszczególne szczepionki różnią się między sobą pod względem skuteczności, zarówno tej deklarowanej przez producenta na podstawie badań klinicznych, jak i tej rzeczywistej, obserwowanej później w praktyce, wynika z wielu przyczyn. W przypadku wprowadzonych niedawno na rynek szczepionek przeciwko COVID-19 różnice te mogą wynikać m.in. z innych kryteriów oceny (tzw. punktów końcowych) zastosowanych w badaniach klinicznych. Takie kryteria mogą naprawdę istotnie różnić się między sobą i przez to silnie wpływać na wynik końcowy. Na przykład w jednym badaniu kluczowym kryterium mógł być brak zachorowania na COVID-19 po szczepieniu, w innym brak zakażenia nowym koronawirusem, podczas gdy w innych badaniach mógł nim być brak ciężkiego przebiegu choroby i powikłań –wyjaśnia PAP prof. Joanna Zajkowska, specjalistka chorób zakaźnych, epidemiologii i zdrowia publicznego, zastępca ordynatora Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcyjnych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

I na koniec jedna fundamentalna prawda, którą warto zapamiętać, szczególnie, gdy dotyczy szczepionek antycovidowych. One nie chronią przed zakażeniem (choć u niektórych mogą tak zadziałać), ale przed ciężkim zachorowaniem, które implikuje hospitalizację i w skrajnych przypadkach może być śmiertelnym zagrożeniem dla chorego.

NIZP-PIH przedstawia raport o zdrowiu Polaków - warto przeczytać

Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny (NIZP-PZH) opublikował raport o zdrowiu Polaków za rok 2020. Raporty o stanie zdrowia ludności Polski publikowane przez NIZP-PZH od lat umożliwiają wytyczanie strategicznych kierunków polityki zdrowotnej zwłaszcza, że szeroki zakres tematyki raportu obejmuje niemal cały obszar zdrowia publicznego.

– Rok bieżący jest rokiem szczególnym, gdyż planowane w latach ubiegłych działania w obszarze zdrowia ludności musiały ulec zaburzeniu w sytuacji światowej pandemii COVID-19. Autorzy raportu uwzględnili tę sytuację zamieszczając rozdział poświęcony epidemii COVID-19 w Polsce, a analizy wstępne dotyczące sytuacji zdrowotnej Polski i uwarunkowania tej epidemii znalazły się też w rozdziałach poświęconych hospitalizacji i absencji chorobowej – wyjaśnia dr hab. n. o zdr. Grzegorz Juszczyk, dyrektor Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny. Raport zostanie omówiony podczas konferencji prasowej 23 lutego. Już teraz można pobrać raport i zapoznać się z jego zawartością.

W słowie wstępnym autorzy raportu komunikują odbiorcom raportu:

„Prezentowane opracowanie jest już dziewiętnastym w serii zapoczątkowanej przez PZH w 1977 r. Autorzy i redaktorzy mają świadomość, że nie wyczerpuje ono niezwykle rozległego tematu, jakim jest zdrowie społeczeństwa, a problematyka każdego rozdziału zasługuje na osobny raport (szczegółowe opracowania dotyczące problemów chorób zakaźnych, psychicznych, nowotworów, chorób zawodowych są przygotowywane przez odpowiednie instytuty resortu zdrowia).

Sądzimy jednak, że to właśnie prosta, syntetyczna analiza pokazująca dynamikę problemów zdrowotnych w kraju oraz ich kontekst międzynarodowy jest potrzebna dla prowadzenia racjonalnej polityki zdrowotnej. Mamy nadzieję, że prezentowane opracowanie będzie dobrze służyło wszystkim osobom i organizacjom działającym na polu zdrowia publicznego a także wszystkim tym, którzy dążą do poprawy stanu zdrowia polskiego społeczeństwa.

Na zakończenie autorzy zapraszają czytelników na stronę internetową NIZP-PZH celem pobrania wersji elektronicznej (pdf) tego opracowania a także wcześniejszych wersji oraz innych interesujących opracowań dotyczących zdrowia ludności Polski. Szczególnie polecamy odwiedzenie Bazy Wiedzy na temat nierówności w zdrowiu, oraz interaktywnej mapy dotyczącej zdrowia ludności Polski prezentowanej do poziomu powiatów z możliwością wydruku krótkich raportów dla tych jednostek terytorialnych”.

Raportu nie omawiamy, nie komentujemy. Polecamy lekturę. Bez przesady: jest ona bardzo ciekawa.

 

A oni będą mogli spotkać się z lekarzem – mniej teleporad

Fot.:MZ

Na zdjęciu: broszury o teleporadach.

Prawdopodobnie od 1 marca dzieci do ukończonego 6. roku życia oraz osoby w wieku powyżej 65 lat będą przyjmowane przez lekarzy rodzinnych „twarzą w twarz”, a nie w ramach teleporady medycznej.

Projekt rozporządzenia ministra zdrowia „zmieniające rozporządzenie w sprawie standardu organizacyjnego teleporady w ramach podstawowej opieki zdrowotnej” jest aktualnie poddawany konsultacji społecznej.

„Przedmiotowe rozporządzenie modyfikuje zasady realizacji teleporady na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej, wskazując że ww. świadczenie w formie teleporady może być udzielane wyłącznie osobom pomiędzy 7. a 64. rokiem życia. Powyższe rozwiązanie ma na celu wyeliminowanie możliwości realizacji teleporady w odniesieniu do najbardziej „wrażliwych” grup pacjentów, prezentujących zintensyfikowane oraz zróżnicowane potrzeby zdrowotne” – czytamy w uzasadnieniu do projektu.

 

 

Bezpłatne szkolenie CBRNE - 5 pkt. edukacyjnych - 11.03.2021

CBRNE - chemical, biological, radiological, and nuclear...

Zapraszamy na bezpłatne szkolenie dla naszych pracowników z tematyki zagrożeń CBRNE (Chemical, Biological, Radiological, Nuclear and Explosives) oraz HAZMAT (Hazardous Materials).

Celem szkolenia jest przygotowanie słuchaczy do wykonywania czynności ratowniczych w sytuacji zagrożenia czynnikami o charakterze chemicznym, biologicznym, radiologicznym, nuklearnym oraz wybuchowym, użytych w celach terrorystycznych, jak i emisji podczas wypadków i katastrof.

Zajęcia będą prowadzone przez ratownika medycznego/strażaka zajmującego się tematyką zagrożeń CBRNE/HAZMAT w aspekcie ratownictwa medycznego.

Szkolenie ma za zadanie zaznajomić personel medyczny z tematyką CBRN(E) czyli zagrożeniami chemicznymi, biologicznymi, radiacyjnymi, nuklearnymi i wybuchowymi.
Na szkoleniu będą omawiane takie zagadnienia jak:
• charakterystyka czynników chemicznych, biologicznych, radiacyjnych, nuklearnych i wybuchowych;
• taktyka działań ratowniczych podczas zdarzeń CBRNE/HAZMAT w strefie niebezpiecznej, strefie
względnie bezpiecznej oraz w strefie ewakuacji;
• techniki identyfikacji czynnika niebezpiecznego oraz technika dokonywania pomiarów za pomocą
detektora tlenku węgla;
• środki ochrony indywidualnej;
• dekontaminacja osób poszkodowanych oraz ratowników;
• postępowanie ratownicze w stanach nagłych spowodowanych zagrożeniami CBRN(E)/HAZMAT.

W programie zajęć także:
• ćwiczenie ubierania i rozbierania się ze środków ochrony indywidualnej,
• ćwiczenia dotyczące udzielania pomocy osobie poszkodowanej podczas zdarzenia CBRNE/HAZMAT,
(uczestnicy podczas ćwiczeń będą zabezpieczeni w środki ochrony indywidualnej).

Szkolenie kierowane jest do lekarzy systemu, ratowników medycznych, pielęgniarek systemu oraz dla dyspozytorów medycznych. 

Ratownikom medycznym za udział w zajęciach przysługuje 5 pkt. edukacyjnych na podstawie rozporządzenia ministra zdrowia w sprawie doskonalenia zawodowego ratowników medycznych z 13 grudnia 2019 r. (poz. 2464). Po szkoleniu będą wystawiane zaświadczenia potwierdzające udział w szkoleniu organizowanym przez pracodawcę.

Uwaga: Liczba miejsc jest ograniczona!

A oto podstawowe dane polecanych zajęć:
• termin: 11 marzec 2021 rok
• godziny zajęć: 8:30 - 12:30,
• zgłoszenia: wypełnienie formularza zgłoszeniowego,
• punkty edukacyjne dla ratowników medycznych: 5 punkty,
• maksymalna liczba osób uczestniczących w zajęciach: 15 osób

Miejsce kursu: Szkoła Ratownictwa Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach, Katowice ul. Tysiąclecia 88A.

Uwaga: Dla naszych pracowników warsztaty są bezpłatne. Koszt dla osób nie związnych z WPR w Katowicach to 60zł

Więcej informacji udziela: SZKOŁA RATOWNICTWA, ul. Powstańców 52, 40-024 Katowice, telefon: 32 609 31 57, mail: szkolaratownictwa@wpr.pl. Biuro jest czynne w godzinach 7:00-15:00.

 

CBRN
lub zmień na
KURS:
Kurs CBRN
CZAS TRWANIA KURSU:
2021-02-09
08:30 do 12:30
Kurs się zakończył.
Zapraszamy wkrótce na następny.

Po co szczepienia przeciw COVID-19? Fakty o szczepionce Comirnaty

Fot.:WPR

Na zdjęciu: tylna strona zaświadczenia o szczepieniu.

Comirnaty, to nazwa handlowa szczepionki autorstwa amerykańsko-niemieckiego konsorcjum Pfizer-BioNTech. – Dzięki szczepionce organizm zyskuje czas. Nie traci go na rozpoznanie wroga; co więcej, dysponuje precyzyjną bronią w postaci przeciwciał, dzięki czemu reakcja na atak patogenu jest nie tylko natychmiastowa, ale i skuteczna – tłumaczyli specjaliści podczas pierwszego z serii spotkań poświęconych szczepieniom przeciw COVID-19, realizowanego w ramach edukacyjnego projektu „Science will win”, którego mecenasem jest Pfizer.

Wiele osób wciąż ma wątpliwości, czy są bezpieczne. Podsycają je dodatkowo błędnie interpretowane informacje na temat technologii mNRA, która rzekomo wprowadza do organizmu genom wirusa, co pozwala na kaskadę groźnych reakcji.

– Tymczasem szczepionka zawiera tylko fragment genomu wirusa i w związku z tym jako czynnik infekcyjny jest nieaktywna – tłumaczy prof. Andrzej M. Fal, specjalista chorób wewnętrznych i alergologii, kierownik Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych w Szpitalu MSWiA w Warszawie.

Innymi słowy: nie może wywołać choroby. Przy czym podczas naturalnego zakażenia do naszych komórek przedostaje się – siłą rzeczy – cały genom wirusów.

Wbrew pozoromi bez pandemii żyjemy we wrogim środowisku – codziennie atakuje nas duża ilość patogenów. Nasze organizmy nieustannie uczą się odróżniać to, co bezpieczne, od tego, co niebezpieczne, a następnie radzić sobie z zagrożeniami. To, że nie zdajemy sobie z tego najczęściej sprawy, to zasługa pracy naszego układu odpornościowego. Częściowo jego funkcje są wrodzone, ale też mamy dysponujemy mechanizmami, które polegają na nieustannej „edukacji” i wytworzonej dzięki temu pamięci przebytych zagrożeń.

– Każdy z nas posiada tzw. immunobiografię, czyli zapis historii patogenów, z którymi się zetknął. Wymaga to rozpoznania białka, które jest dla nas niekorzystne i wygenerowania odpowiedzi odpornościowej, po to, by – kiedy spotkamy po raz drugi taki patogen – skutecznie zareagować i wyeliminować go z naszego organizmu – tłumaczy prof. Joanna Zajkowska, specjalistka chorób zakaźnych, epidemiologii i zdrowia publicznego, zastępca ordynatora Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcyjnych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

I podkreśla, że szczepionka to przedstawienie organizmowi groźnego patogenu w sposób bezpieczny, czyli uniemożliwiający rozwój choroby.

– Podajemy do naszego organizmu fragment białka (lub w nowych szczepionkach - w innej postaci), przygotowując w ten sposób układ immunologiczny na kontakt z możliwym patogenem. Generujemy odporność, ale bez zachorowania – wyjaśnia specjalistka.
Naukowcom udało się bardzo szybkim tempie stworzyć szczepionkę wytworzoną w technologii mRNA opartej o informację genetyczną wirusa SARS-CoV-2. U wielu osób budzi ona jednak niepokój, że szczepiąc się nimi, narażamy się na modyfikację własnego genomu.

Eksperci jednak uspokajają.
– Ta szczepionka zawiera tylko fragment odtwarzający genom wirusa, a nie całego wirusa. W związku z czym czynnik infekcyjny jest nieaktywny. Ta szczepionka dociera do cytoplazmy komórki, czyli nie trafia do jądra - tlumaczy prof. Fal.

Szczepionki opracowane w technologii mRNA wbrew pozorom nie są pierwszym zastosowaniem tego nukleotydu u człowieka. Pierwsze podanie mRNA człowiekowi nastąpiło już w 2009 roku.

Jak to działa taka szczepionka?
– Wirus atakując naszą komórkę wkleja się do jądra komórkowego, tam przestraja całą maszynerię genetyczną, po to, żeby produkować swoje kopie. W trakcie tego procesu produkuje mRNA, który jest wyrzucany z jądra komórkowego. Na jego bazie, w cytoplazmie komórki, syntetyzowane są składniki tego wirusa, które montują się potem w cały wirus. To doprowadza do rozpadu komórki i możliwości atakowania kolejnych komórek. Technologia mRNA to bardzo zręczne naśladowanie tego szlaku, ale dopiero od momentu, gdy mRNA pojawia się w cytoplazmie. Czyli naśladuje proces zakażenia bez zakażenia, bez zajmowania jądra komórkowego. To pozwala na syntetyzowanie tylko jednego białka tego wirusa, dzięki czemu nasz organizm umie go rozpoznać, gdy prawdziwy wirus zaatakuje nasze komórki – tłumaczy prof. Zajkowska.

Skąd pewność, że szczepionki są skuteczne?
Jak wszystkie stosowane w medycynie substancje szczepionki poddawane są badaniom klinicznym, które mają potwierdzić skuteczność, określić bezpieczna dawkę i potwierdzić bezpieczeństwo działania leku. Te trzy elementy są podstawą decyzji gremiów naukowych takich jak EMA, FDA czy inne agencje decydujące o dopuszczeniu preparatu do stosowania. Zanim do tych decyzji doszło, w ramach badań klinicznych szczepionki wytworzone w technologii mRNA otrzymały dziesiątki tysięcy osób – w różnym wieku, różnych ras, z różnymi schorzeniami przewlekłymi.

– Nie ma możliwości, aby do leczenia zostały dopuszczone preparaty niezbadane pod względem skuteczności i bezpieczeństwa. Im dłużej te obserwacje trwają tym lepiej, ale wiadomo, że w sytuacji pandemii ten okres jest skracany, co nie oznacza, że jest zerowy – zapewnia lekarz.

Do rejestracji produktu musiały być przedstawione badania, które gwarantują, że szczepionka jest bezpieczna. Nie zostały one zakończone wraz z rozpoczęciem szczepień. Producent ma obowiązek ciągłego monitorowania skutków i przyjmowania zgłoszeń o niepożądanych reakcjach poszczepiennych. Gdyby zdarzyło się, że skutki te będą niepokojące, lek musi zostać natychmiast wycofany. Lekarze, którzy szczepią pacjentów w Polsce, w elektronicznym systemie odnotowują zaistniałe niepożądane odczyny poszczepienne. Chodzi o to, by informacje na temat bezpieczeństwa szczepionek były na bieżąco analizowane i weryfikowane.

– W naszym szpitalu szczepimy dziennie między 70 a 300 osób i nie obserwujemy dużych odczynów poszczepiennych, poza tymi typowymi. Większe reakcje zdarzają się sporadycznie. Największy problem, jaki obserwujemy, to emocjonalne zwyżki ciśnienia, głównie u seniorów, które wynikają z presji, żeby zdążyć na czas, żeby nie przepadła umówiona godzina, żeby dotrzeć we właściwe miejsce – mówi lekarka z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcyjnych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Brak poważnych reakcji na szczepienie potwierdza też prof. Fal:

– Zdarzają się reakcje miejscowe, jedno-dwudniowa gorączka, która bez interwencji przechodzi. To nie jest coś, co powinno nas niepokoić. Gorączka nie jest efektem szczepionki, ale naszej odpowiedzi na to, co zostało podane. Dopiero nadmiarowa reakcja, tzw. burza cytokinowa, może wymagać wprowadzenia leków przeciwzapalnych.

Co robić pomiędzy dawkami szczepionek
Warto pamiętać, że pierwsza dawka szczepionki u osób, które nie miały kontaktu z wirusem, czyli nie chorowały, generuje dosyć słabą odporność.

Dlatego trzeba pamiętać, że wtedy jeszcze nie jesteśmy wystarczająco uodpornieni i zetknięcie się z osobą zakażoną może spowodować rozwój choroby. Dopiero druga dawka szczepionki, po siedmiu-czternastu dniach, sprawi, że będziemy posiadali odpowiednią ilość przeciwciał.

– Chciałabym uczulić na bezpieczne zachowania pomiędzy szczepieniami i po ich przyjęciu. Zdjęcie maseczek to jeszcze daleka przyszłość. Nawet po drugiej dawce nie możemy wyeliminować możliwości transmisji wirusa poprzez nasze śluzówki – zaznacza prof. Zajkowska.

Czyli niewykluczone jest, że możemy zakażać także po zaszczepieniu – na ten temat trwają badania.

Warto też pamiętać, że wokół nas wciąż sporo jest osób niezaszczepionych, więc przez wzgląd na nich nadal powinniśmy stosować metody profilaktyczne, takie jak dezynfekowanie rąk i noszenie maseczek.

Mniej obostrzeń – kluby fitness zamknięte, stadiony otwarte

Fot.:Krystian Maj/KPRM

Na zdjęciu: premier Mateusz Morawiecki.

Rząd w piątek (5 lutego) zapowiedział, że rygory przeciwepidemiczne zostaną w połowie miesiąca poluzowane. Uczniowie klas IV-VIII, szkół zasadniczych i średnich oraz studenci nadal będą pobierać nauki w trybie zdalnym. Zwolenianie od wcześniejszych rygorów będą obowiązywały przez dwa tygodnie.

– W połowie lutego otworzymy część miejsc, które do tej pory były niedostępne i tak nastąpi otwarcie hoteli, miejsc noclegowych do 50 proc. obłożenia miejsc noclegowych. Podobnie z kinami i teatrami – do 50 proc. dostępnych miejsc – zapowiedział premier Mateusz Morawiecki.

Zmienione zasady będą obowiązywać przez dwa tygodnie – od 12 lutego.

– Od dwóch tygodni obserwujemy swego rodzaju stabilizację zachorowań. Mamy sytuację lepszą, jeśli chodzi o poziom zajętości łóżek covidowych, ale także łóżek respiratorowych, z kolei liczba zgonów jest cały czas niepokojąca – mówił Morawiecki. – Dlatego możemy mówić o co najwyżej pewnego rodzaju kruchej stabilizacji.

I z uwagi na powyższe nadal będą zamknięte m.in. restauracje, siłownie i kluby fitness. Może pocieszeniem dla lubiących aktywność fizyczną będzie to, że dopuszczono, także od 12 lutego, do uprawiania sportów „na terenach otwartych”.

– Otwieramy sport na zewnątrz, a więc boiska zewnętrzne, korty będą mogły być otwarte, sport amatorski na świeżym powietrzu, stoki narciarskie i baseny – wskazał, uczestniczący w piątkowej konferencji, wicepremier i minister kultury i sportu Piotr Gliński. – Decydujemy się na otwarcie basenów, ponieważ tam sytuacja z ewentualnym zagrożeniem wirusem jest mniej ryzykowna, choć oczywiście jest to ryzyko, niż w innych zamkniętych miejscach, gdzie uprawiany jest sport.

 

Leczenie covidowców w domu - zalecenia konsultantów krajowych

Na zdjęciu: stetoskop.

Publikujemy stanowisko konsultantów krajowych: medycyny rodzinnej, chorób zakaźnych oraz anestezjologii i intensywnej terapii podjęte we współpracy z Radą Medyczną przy Premierze RP.

Pacjent leczony z powodu COVID-19 w warunkach domowych, zwłaszcza z czynnikami ryzyka ciężkiego przebiegu choroby, wymaga stałego monitorowania z uwagi na ryzyko nagłego pogorszenia stanu zdrowia. Leczenie stosowane w łagodnym przebiegu sprowadza się do stosowania leków objawowych, jak w innych ostrych infekcjach wirusowych dróg oddechowych. W sytuacji pogorszenia przebiegu choroby, pacjent powinien jak najszybciej trafić do szpitala, gdzie ma szansę na uzyskanie skutecznego leczenia. Nie należy opóźniać kierowania pacjenta do leczenia szpitalnego.

1. Nie zaleca się stosowania deksametazonu u chorych na COVID-19 leczonych w domu.
Wyniki badań klinicznych, w tym przede wszystkim badania RECOVERY oraz oparte na nich wytyczne AOTMiT wskazują na korzyść ze stosowania deksametazonu w dawce 6 mg dziennie u hospitalizowanych pacjentów z COVID-19 wymagających tlenoterapii lub mechanicznej wentylacji płuc. U chorych na COVID-19 niewymagających tlenoterapii, ani mechanicznej wentylacji płuc stosowanie glikokortykosteroidów zwiększa ryzyko zgonu.

2. Nie zaleca się stosowania tlenoterapii domowej w ostrej fazie choroby w związku z ryzykiem gwałtownego pogorszenia zagrażającego życiu. Konieczność stosowania tlenoterapii w leczeniu COVID-19 stanowi bezwzględne wskazanie do hospitalizacji.
Pacjent z chorobą COVID-19, u którego pojawia się niewydolność oddechowa wymagająca stosowania tlenoterapii, wymaga niezwłocznego leczenia w warunkach szpitalnych. Tlenoterapia domowa jest powszechnie stosowana w leczeniu pacjentów z przewlekłą niewydolnością oddechową, lecz nie może być stosowana w leczeniu ostrej niewydolności oddechowej. Pojawienie się ostrej niewydolności oddechowej świadczy o postępie choroby i groźbie bardzo szybkiego pogorszenia, mogącego prowadzić do bezpośredniego zagrożenia życia. Dodatkowo, zastosowanie tlenoterapii w domu może spowodować opóźnienie w dotarciu pacjenta do szpitala, przez co pacjent traci szansę na otrzymanie leczenia wymagającego zastosowania w pierwszych dobach choroby COVID-19 o ciężkim przebiegu (5-8 dni od wystąpienia objawów).

3. Nie zaleca się stosowania glikokortykosteroidów wziewnych w leczeniu COVID-19 - brak danych dotyczących skuteczności.
Brak danych dotyczących stosowania GKS wziewnych u pacjentów z COVID-19 uzasadniających takie leczenie. W takiej sytuacji AOTMiT nie wydał zalecenia w tej sprawie.

4. Nie zaleca się stosowania w leczeniu COVID-19 leków o potencjalnym działaniu przeciwwirusowym charakteryzujących się wątpliwą skutecznością lub o dowiedzionej nieskuteczności, w tym: amantadyny, chlorochiny, hydrochlorochiny, lopinawiru z rytonawirem, azytromycyny.
Znaczne ilości danych z badań klinicznych, w tym największych – SOLIDARITY, RECOVERY i REMAP-CAP wskazują na brak korzyści ze stosowania chlorochiny, hydroksychlorochiny, azytromycyny i lopinawiru z rytonawirem u chorych na COVID-19. Opublikowane wyniki badań nie uzasadniają stosowania amantadyny u chorych na COVID-19.

5. Nie zaleca się włączania leków przeciwpłytkowych, ani przeciwzakrzepowych w leczeniu COVID-19 u chorych przebywających w domu, o ile nie pojawią się wskazania inne niż zakażenie koronawirusem.
Wyniki wstępnych badań wskazują na zmniejszenie ryzyka postępu choroby u pacjentów z COVID-19, leczonych przewlekle kwasem acetylosalicylowym. Natomiast brak dotychczas danych dotyczących skuteczności stosowania kwasu acetylosalicylowego i innych leków przeciwpłytkowych włączanych w chwili rozpoznania COVID-19.

6. Nie zaleca się stosowania innych leków, w tym inhibitorów ACE i statyn w leczeniu choroby COVID-19.
Brak danych uzasadniających stosowanie innych grup leków u chorych z COVID-19, poza badaniami naukowymi prowadzonymi za zgodą komisji bioetycznej.

7. Zaleca się kontynuowanie bez zmian dotychczasowego leczenia farmakologicznego, w tym: glikokortykosteroidów – także wziewnych - ze wskazań innych niż COVID-19, niesteroidowych leków przeciwzapalnych, leków przeciwnadciśnieniowych (w tym inhibitory ACE), statyn, leków przeciwpłytkowych i przeciwzakrzepowych.
Nie wykazano zwiększenia ryzyka zgonu związanego z leczeniem częstych chorób przewlekłych. Dlatego zaleca się kontynuację stałego leczenia tych schorzeń.

8. Zaleca się stosowanie leków przeciwgorączkowych (najskuteczniejsze są niesteroidowe leki przeciwzapalne lub paracetamol) w przypadku gorączki >38,5 st. C.
Na podstawie zaleceń National Institutes of Health (NIH), opartych na zasadach ogólnie przyjętych w chorobach infekcyjnych.

9. Brak danych dotyczących wyższości poszczególnych niesteroidowych leków przeciwzapalnych nad innymi. Brak również dowodów na ich szkodliwość.
Pomimo wstępnych doniesień o ewentualnej szkodliwości stosowania ibuprofenu, kolejne badania kliniczne na dużych populacjach chorych na COVID-19 nie wykazały takiej zależności. Dlatego brak jest danych uzasadniających wybór poszczególnych leków z tej grupy.

10. Zaleca się utrzymanie podaży płynów odpowiedniej do temperatury ciała, ale nie mniejszej niż 2000 ml na dobę. W przypadku chorych z przewlekłą niewydolnością serca i przewlekłą niewydolnością nerek wskazana jest samokontrola diurezy, nasilenia obrzęków oraz codzienny pomiar masy ciała.
Zalecenie oparte na zasadach ogólnie przyjętych w chorobach infekcyjnych.

11. Stosowanie antybiotyków w chorobie COVID-19 jest uzasadnione wyłącznie u osób z przewlekłymi chorobami zapalnymi z zakażeniem (np. POChP), poddawanych immunosupresji lub z niedoborami odporności z innych przyczyn, oraz w razie przewlekającej się infekcji dolnych dróg oddechowych (>14 dni) z cechami zakażenia bakteryjnego – np. pojawienie się ropnej plwociny.
Zalecenie oparte na zasadach ogólnie przyjętych w chorobach infekcyjnych na podłożu wirusowym, w związku z nieskutecznością antybiotyków w zakażeniach wirusowych oraz w celu zapobiegania selekcji szczepów bakterii lekoopornych. 

12. Zaleca się stosowanie leków przeciwkaszlowych u chorych z nasilonym kaszlem (utrudniającym mówienie i sen). W ciężkich przypadkach można rozważyć stosowanie preparatów z zawartością kodeiny.
Zalecenie wydane przez NIH w związku z obserwacją, że kaszel jest częstym objawem pogarszającym wydolność oddechową oraz utrudniającym funkcjonowanie pacjentów z COVID-19.

13. Brak wiarygodnych danych dotyczących wpływu stosowania witaminy D na ryzyko zakażenia i przebieg choroby COVID-19. Ze względu na powszechny niedobór wit. D w populacji – szczególnie w okresie jesiennym i zimowym – oraz niewielkie ryzyko powikłań zaleca się stosowanie suplementacyjnej dawki wit. D do 2000 IU dziennie u dorosłych (do 4000 IU u osób powyżej 75 roku życia), zgodnie z zaleceniami suplementacji tej witaminy w populacji polskiej.
Zalecenie AOTMiT wskazują na ryzyko cięższego przebiegu choroby u pacjentów z niedoborami witaminy D, przy jednoczesnym małym ryzyku związanym ze stosowaniem tego preparatu. Zasady suplementacji i leczenia witaminą D – nowelizacja 2018 r. jednoznacznie wskazują na konieczność suplementacji tej witaminy w całej populacji polskiej, przez większość roku. Jednocześnie ostatnie dane opublikowane w The Lancet Diabetes&Endocrinology wskazują na brak istotnego wpływu podawania witaminy D na przebieg ostrych infekcji dróg oddechowych.

14. Brak wiarygodnych danych dotyczących skuteczności innych leków i suplementów diety w leczeniu COVID-19, w tym witaminy C i cynku.
Wyniki dotychczasowych badań nie uzasadniają stosowania witaminy C, ani cynku u chorych z ciężką sepsą. Dotychczas brak danych dotyczących korzyści ze stosowania tych preparatów u chorych z COVID-19.

15. Zaleca się regularne pomiary ciśnienia tętniczego u chorych na COVID-19 w wieku >65 lat oraz u wszystkich leczonych z powodu nadciśnienia tętniczego i niewydolności serca.
Zalecenie oparte na ogólnych zasadach postępowania u chorych z nadciśnieniem tętniczym oraz niewydolnością serca, szczególnie z współistniejącą chorobą infekcyjną.

16. Zaleca się monitorowanie saturacji krwi tętniczej tlenem za pomocą pulsoksymetru u wszystkich pacjentów z dusznością spoczynkową, a szczególnie u osób w wieku >60 lat.
W związku z częstym występowaniem u chorych na COVID-19 niewydolności oddechowej z głęboką hipoksemią bez subiektywnego uczucia duszności, uzasadnione jest monitorowanie saturacji, szczególnie u pacjentów w podeszłym wieku i/lub osób obciążonych schorzeniami towarzyszącymi. Optymalnym rozwiązaniem jest włączenie pacjenta do programu Domowej Opieki Medycznej (system PulsoCare), w którym będzie stale monitorowany - https://www.gov.pl/web/domowaopiekamedyczna

17. Zaleca się skierowanie pacjenta do szpitala, w razie wystąpienia następujących okoliczności:
• duszności występującej w spoczynku i utrudniającej mówienie, częstości oddechów powyżej 30 na minutę,
• sinicy lub hipoksemii – saturacji krwi tętniczej tlenem zmierzonej pulsoksymetrem <94% (w przypadku chorych z przewlekłą niewydolnością oddechową – np. POChP, zwłóknienie płuc – SpO2 <88%); hipoksemia jest wskazaniem do hospitalizacji niezależnie od subiektywnego uczucia duszności,
• gorączki powyżej 39 stopni C - szczególnie utrzymującej się przez ponad dobę i powodującej bardzo znaczne osłabienie pacjenta w wieku średnim lub podeszłym,

• kaszlu utrudniającego swobodne oddychanie i mówienie,

• bólu w klatce piersiowej,
• spadku ciśnienia tętniczego krwi poniżej 90/60 mmHg (jeśli chory zazwyczaj ma wyższe),
• zmian świadomości i zachowania – trudność w obudzeniu chorego, niepokojąca zmiana zachowania i sposobu mówienia, utrudniony lub niemożliwy kontakt z chorym, utrata przytomności.

 

O tym się zapomina: wirus może żyć tylko w nosicielu

Fot.:YT Hestia

Na zdjęciu: prof. Włodzimierz Gut, wirusolog znany z niekonwencjonalnych wypowiedzi.

Rozmowa z prof. dr. hab. n. med. WŁODZIMIERZEM GUTEM, wirusologiem Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - Państwowego Zakładu Higieny.

Czym są wirusy?
To skomplikowane cząsteczki organiczne nie posiadające struktury komórkowej, zbudowane z białek i kwasów nukleinowych. Namnażają się poprzez infekowanie żywych komórek. Wykorzystują do tego aparat kopiujący zawarty w komórkach. Wirusy zawierają materiał genetyczny w postaci RNA lub DNA, wykazują jednak zarówno cechy komórkowych organizmów żywych, jak i materii nieożywionej. Są bezwzględnymi pasożytami, w związku z tym mają dość nieduży genom w stosunku do innych organizmów. Efekt jest taki, że możliwa jest duża liczby mutacji przy zachowaniu zdolności do namnażania się w określonych strukturach. Poza żywym organizmem wirus jest martwą cząsteczką. Natomiast w żywej komórce wykorzystuje jej potencjał i wszystkie układy.

Jeśli chodzi o mutacje, wirusy posiadające DNA są bardziej stabilne, ponieważ dodatkowo korzystają z systemów naprawczych gospodarza, podchodząc do jądra. Wirusy posiadające tylko RNA, które namnażają się w cytoplazmie, z reguły mają bardzo wysoką zmienność, czyli częstość mutacji. O ile u organizmów kariotycznych, czyli tych posiadających normalny genom i namnażających się w formie duplikacji, częstość mutacji to jest jedno zdarzenie na bilion przepisanych nukleotydów, to dla wirusów posiadających DNA to jest jedno zdarzenie na milion, a u tych z RNA - jedno na tysiąc. Dla wirusa, który ma około 30 tysięcy nukleotydów przy każdym powstaniu nowej cząsteczki będzie około 30 zmian w sekwencji, czyli mutacji. W końcowym efekcie liczba mutacji jest olbrzymia.

„Mutacja” brzmi trochę niebezpiecznie. Mamy się bać?
Praktycznie wszystkie cząsteczki zawierają mutacje - to jest ich cechą charakterystyczną. Wirusy stale mutują i w większości przypadków mutacje te mają co najwyżej niewielkie znaczenie. Z jednej cząsteczki wirusowej powstaje około biliona kolejnych. Większość mutacji, czyli zmian w sekwencji nukleotydów, jest wytłumiona przez system kodu genetycznego, bo jest on tak stworzony, by do pewnych mutacji nie dochodziło. Przy innych mutacjach większość to mutacje polegające na zastępowaniu tego samego tym samym, albo czymś dość podobnym.

To gdzie leży problem?
Roznosicielem jest człowiek. To on wydala wirusa na zewnątrz zakażając drugiego człowieka. Jego zachowanie decyduje o transmisji wirusa. Radykalna zmiana wirusa pociągnęłaby za sobą fakt, że musiałby on namnażać absolutnie w innym miejscu i tym samym wywoływać inne objawy chorobowe. Owszem, może ulec zaburzeniu czas namnażania, ale to wszystko są zmiany wewnątrz komórki. Na zewnątrz żadna mutacja nie zmienia ani właściwości, ani struktury wirusa, ponieważ na zewnątrz gospodarza jest on martwą cząsteczką.

W którym więc momencie zaczynają one mieć istotne znaczenie dla nas?
Kiedy dostosowują się do gospodarza albo zmieniają profil namnażania, czyli pozwalają namnażać się w innych komórkach.

Czy to dlatego szczepionkę na grypę co sezon trzeba przygotowywać od nowa?
Grypa to zupełnie inny typ wirusa. Tymczasem wirus SARS-CoV-2 jest stabilny i w dodatku trochę sobie pomaga, aby za bardzo się nie zmienić. Jest dostosowany do określonego receptora ACE2 (jednego z białek na ludzkich komórkach) i jeżeli zmieni w tym zakresie swoje własności, to zniknie. Czego bym sobie życzył, ale jest to nierealne.

Jaki wpływ te mutacje mają wpływ na szczepionki? Mamy powody do obaw?

Praktycznie żadnych. Dlatego, że szczepionka to obszar białka odpowiedzialny za rozpoznawanie receptora na komórce. Jeżeli on to zmieni, to po prostu zniknie. Podstawową cechą wirusów, o której 90 proc. wypowiadających się zapomina, jest to, że jest on żywy tylko w komórce, poza komórką jest strukturą martwą.

Wirus brytyjski, południowoafrykański, brazylijski czy kalifornijski to tylko świetna droga analizy jakie są drogi szerzenia wirusa, od kogo do kogo przeszedł. W tej chwili mamy około 15 tys. mutacji tego wirusa. Gdyby zrobić badania w Czechach, okazałoby się być może, że do nas przyszedł wariant czeski. A wcześniej włoski, tylko przez Niemcy. Bo tam, gdzie poruszają się ludzie, wirus przechodzi od jednego człowieka do drugiego, pozostawiając po sobie ślad. To jest sprawa zachowań ludzkich, a nie samego wirusa. Tak więc te wiadomości mogą nam służyć do śledzenia dróg szerzenia się wirusa – ciekawe zajęcie dla tych, którzy chcą się dowiedzieć jak wirus krąży po świecie i kto go skąd przenosi.

 

Jak pandemia wpływa na leczenie chorób serca?

Dobra odpowiedź. Katastrofalnie! Kardiolodzy alarmują, że w 2020 r. zgłaszało się do nich znacznie mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Chorzy często bagatelizują objawy z obawy przed koronawirusem oraz niewydolnością służby zdrowia. – Przez pandemię cofnęliśmy się w leczeniu zawałów serca o 15 lat, coraz częściej trafiają do nas pacjenci z groźnymi konsekwencjami tzw. przechodzonych zawałów – podkreśla dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirug Wojskowego Insytutu Medycznego.

Z drugiej strony walka z COVID-19 pokazała nowe zastosowanie dla sztucznego płuca, urządzenia wykorzystywanego od lat w kardiochirurgii, co może w przyszłości skutkować wdrożeniem innowacji w tym zakresie.

– Choroby, z którymi borykaliśmy się przed pandemią, istnieją cały czas i mają własną dynamikę. Faktycznie jako społeczeństwo przestaliśmy się nimi tak bardzo interesować, ale to jest właśnie efekt pandemii. Zawały serca, ostre zespoły wieńcowe czy inne schorzenia sercowe nie mogą zejść na drugi plan, bo zdrowie Polaków znacznie się pogorszy – podkreśla dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirurg, także prezes zarządu Quantum Innovations, firmy specjalizującej się w innowacjach technologicznych dla kardio.

Już wiosną, na początku pandemii, kardiolodzy alarmowali, że zgłasza się do nich 25–30 proc. mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Spadła również liczba interwencji kardiologicznych.

Polskie Towarzystwo Kardiologiczne rocznie stwierdza się w Polsce ok. 40 tys. zawałów mięśnia sercowego i 30 tys. tzw. niestabilnej choroby wieńcowej leczonej zabiegowo w trybie pilnym. W przypadku nieleczonego ostrego zawału (z uniesieniem odcinka ST – STEMI) śmiertelność wynosi ok. 40 proc., a w przypadku zawału leczonego za pomocą pierwotnej angioplastyki wieńcowej jest ona ośmiokrotnie niższa (3,5–5 proc.).

– Najlepsze w ostrym zawale serca jest leczenie inwazyjne. Często bywa niestety odraczane, chociażby z powodu tego, że pacjenci boją się zgłosić do szpitala czy wezwać pogotowie. W związku z tym nie widzimy istotnego wzrostu zawałów, ale widzimy, że ich leczenie przez pandemię nie jest optymalne. Jest takie, jak było 15 lat temu, czyli nie jest oparte na szybkich inwazyjnych technikach – podkreśla kardiochirurg.

Lekarze apelują, żeby mimo pandemii nie lekceważyć objawów innych chorób, bo ich konsekwencje mogą być groźne dla zdrowia i życia. Nieleczony zawał serca zwykle doprowadza do poważnego uszkodzenia mięśnia sercowego, a to może prowadzić do rozwinięcia niewydolności serca, która znacząco pogarsza jakość życia.

– Konsekwencją tzw. przechodzonych zawałów jest jednostka chorobowa, której nie widzieliśmy kilkanaście lat – pacjent trafia do leczenia dopiero w momencie, kiedy jest już ciężka niewydolność serca, kiedy często dochodzi do pęknięcia serca w wyniku trwania zawału. Mamy więc nieoptymalne leczenie zawału serca przez opóźnienie wdrożenia optymalnych technik – wyjaśnia dr Suwalski.

Kardiochirurdzy są zaangażowani w leczenie chorych na COVID-19 od początku pandemii. U dużej części pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby zniszczenie płuc jest tak duże, że konieczne jest wykorzystanie respiratorów. Wówczas z pomocą przychodzi kardiochirurgia i zewnątrzustrojowa technika natleniania krwi. Jest to tzw. procedura ECMO, czyli zewnętrzne sztuczne płuco. Krew jest pobierana od pacjenta przez kaniulę, wprowadzana do urządzenia i oddawana z powrotem już natlenowana. W kardiochirurgii to urządzenie jest wykorzystywane od lat w leczeniu innych ciężkich chorób układu krążenia, a w czasie pandemii ujawniło się nowe zastosowanie

Ile przysługuje świadczenia niepożądany odczyn poszczepienny?

Fot.:WPR

Na zdjęciu: portfel i banknoty 100-złotowe.

Czyli NOP. Coś, czym straszą antyszczepionkowcy, ma czego mają prawo obawiać się przystępujący do szczepień. Ból ręki, gorączka, dreszcze itp. Do tego dochodzi w jednym na 10 tys. przypadków. W 2-4 na milion skutkiem NOP jest śmierć. Europejska Agencja Medyczna (EMA) wyklucza, by dotychczasowe zgony osób zaszczepionych przeciw C-19 miały związek z podanymi szczepionkami.

Jak nic nie stanie na przeszkodzie, to od 1 maja 2021 r. powinien funkcjonować Fundusz Kompensacyjny Szczepień Ochronnych. Będzie on wypłacał, jak to określa Ministerstwo Zdrowia, świadczenia osobom, u których po szczepieniu przeciw COVID-19 wystąpiły NOP-y. Z czasem uprawnieni do nich (od 2022 r.) będą osoby poszkodowane na zdrowiu w związku z aplikacją innych szczepień.

Projekt nowelizowanej ustawy o zwalczaniu chorób zakaźnych, przede wszystkim znowelizowany o zapisy dotyczące wspomnianego Funduszu, był już konsultowany. Sejm na wznowi obrady pod koniec lutego.

Nie wiadomo, czy projekt przejdzie przez parlament w wersji projektowej (po uwzględnieniu uwag wynikających z konsultacji). Z pewnością nie zmieni się istota projektowanego Funduszu. W intencji Ministerstwa Zdrowia, autora nowelizacji, zadaniem Funduszu będzie „umożliwienie pacjentom szybkiego uzyskania świadczenia pieniężnego w związku z wystąpieniem działań niepożądanych będących skutkiem przyjęcia szczepionki przeciwko COVID19”.

Nie za wszystko i nie od razu, ale wówczas, gdy pobyt w szpitalu konieczny z uwagi na wystąpienie NOP będzie trwał przez minimum 14 dni lub dojdzie do wystąpienia wstrząsu anafilaktycznego wymagającego co najmniej obserwacji na szpitalnym oddziale ratunkowym lub izbie przyjęć, „o ile u danej osoby wystąpiło działanie niepożądane określone w Charakterystyce Produktu Leczniczego”. ChPL, dodajmy, jest wciąż aktualizowana, dlatego o świadczenie będą mogli występować również Ci pacjenci, którzy doznają działań niepożądanych dopiero w późniejszym okresie.

Zgodnie z projektem świadczenie kompensacyjne, zwane popularnie „odszkodowaniem” wynosi:
• 3 tys. zł  w przypadku obserwacji na szpitalnym oddziale ratunkowym lub izbie przyjęć w związku ze wstrząsem anafilaktycznym;
• 10 tys. zł w przypadku hospitalizacji trwająca krócej niż 14 dni;
• od 10 tys. zł do 20 tys. zł za hospitalizację trwającej od 14 dni do 30 dni;
• od 21 tys. zł do 35 tys. zł za hospitalizacji trwającą od 31 dni do 50 dni;
• od 36 tys. zł do 50 tys. zł za hospitalizacji trwającej od 51 dni do 70 dni;
• od 51 tys. zł do 65 tys. zł za hospitalizacji trwającej od 71 dni do 90 dni;
• od 66 tys. zł do 89 tys. zł za hospitalizacji trwającej od 91 dni do 120 dni;
• 100 tys. zł za hospitalizacji trwającej powyżej 120 dni.

Może być dodatkowo podwyższane w przypadku:
• zabiegu operacyjnego w znieczuleniu ogólnym – o 15.000 zł;
• innego zabiegu operacyjnego albo metody leczenia lub diagnostyki stwarzającej podwyższone ryzyko – o 5 tys. zł;
• hospitalizacji na oddziale intensywnej terapii lub intensywnej opieki medycznej trwającej co najmniej 7 dni – o 10 tys. zł;
• hospitalizacji na oddziale intensywnej terapii lub intensywnej opieki medycznej trwającej dłużej niż 30 dni – o 20 tys. zł.

Łączna suma świadczenia nie może być wyższa niż 100 tys. zł.

W mediach pojawiły się informacje o śmierci czterech osób, które przyjęły pierwszą dawkę szczepionki produkcji Pfizera/BioNTechu. Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że zgonu nie wywołały szczepionki. To samo twierdzi EMA, która 29 stycznia stwierdziła w komunikacie prasowym, że nie znaleziono „danych sugerujących związek zgonów ze szczepieniem preparatem Comirnaty” u osób starszych i o słabym zdrowiu. EMA odniosła się przede wszystkim do doniesień z Norwegii, w której kilkadziesiąt osób w wieku 80 i więcej lat zmarły po przyjęciu szczepionki.

Załóżmy, że jest wiadome, że pacjent zmarł wskutek przyjęcia szczepionki, co po raz ostatni wydarzyło się przed ponad dwudziestu laty. Czy wówczas jego rodzina może ubiegać się o wypłatę z Funduszu Kompensacyjnego Szczepień Ochronnych?

No, nie bardzo. Trzeba żyć, by z niego „skorzystać”. Projekt nie przewiduje, że w wyniku zaszczepienia, pacjent może stracić życie. Projekt nie przewiduje, że w wyniku zaszczepienia, pacjent może stracić życie. I co wówczas? Wówczas trzeba roszczenia o odszkodowanie trzeba będzie (oby nie było takiej potrzeby) w sądach. Potwierdza to (w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną, z 2 lutego) rzecznik praw pacjenta Bartłomiej Chmielowiec.

141 zł za jedną iniekcję, trwa zaciąg do MBS

Fot.:SZB

Na zdjęciu: iniekcja w ramię.

Oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia ogłosiły nabory na dodatkowe mobilne zespoły szczepiące (MBS). Zespoły mobilne zajmują się szczepieniami pacjentów, których stan zdrowia nie pozwala na przyjęcie szczepionki w punkcie stacjonarnym. Nowe zespoły zapewnią wsparcie już działającym zespołom, które powinien posiadać każdy punkt szczepień.

Nabory kierowane są do podmiotów leczniczych, które nie utworzyły populacyjnych punktów szczepień w naborach do Narodowego Programu Szczepień. Pierwszeństwo w zakwalifikowaniu się będą miały placówki, które dysponują aktywnymi zespoły ratownictwa medycznego oraz szpitale węzłowe, znajdujące się na wykazie Ministerstwa Zdrowia.

Nowe mobilne zespoły
uzupełnią siatkę zespołów z punktów populacyjnych. Każdy z punktów populacyjnych Narodowego Programu Szczepień (NPS) miał zapewnić możliwość zaszczepienia pacjentów w domu. To jedno z kryteriów przy naborach do NPS. Zespoły mobilne szczepią pacjentów, których stan zdrowia nie pozwala na zaszczepienie w stacjonarnym punkcie szczepień. Dotyczy to w szczególności osób obłożnie chorych (tzw. pacjentów leżących).

Tworzona nowa siatka
mobilnych zespołów będzie uzupełnieniem już działających zespołów. Ma zabezpieczyć przede wszystkim pacjentów z mniejszych gmin i miejscowości, do których nie zawsze będzie w stanie dojechać zespół ze stacjonarnego punktu szczepień. Przypomnijmy, że pacjentów, którzy mogą dotrzeć do punktu szczepień, lecz wymagają transportu do punktu i z powrotem do domu, obsługuje transport zapewniany przez samorządy lokalne.

Aby złożyć ofertę
oprócz wpisu w Rejestrze Podmiotów Prowadzących Działalność Leczniczą trzeba spełnić warunki opisane w naborach, m.in.:
• dysponować kadrą, odpowiednim wyposażeniem oraz zapewnić właściwy transport i przechowywanie szczepionek,
• zadeklarować lub posiadać podłączenie do elektronicznej platformy P1, prowadzonej przez Centrum eZdrowia, dzięki której możliwa będzie np. rejestracja osób do zaszczepienia,|
• tak planować trasę przejazdu i szczepień pacjentów, aby do minimum ograniczyć ryzyko zmarnowania się szczepionek.

Szczepienie dla pacjentów jest bezpłatne. Za wyjazd mobilnego zespołu płaci NFZ. Za zaszczepienie pacjenta w domu przez mobilny zespół szczepiący Narodowy Fundusz Zdrowia zapłaci 141 zł. To cena za podanie jednej dawki.

W tej wycenie mieszczą się w koszty:
• dojazdu do pacjenta,
• kwalifikacji do zaszczepienia,
• podanie szczepionki.

Uwzględnia też koszt wyjazdów, w wyniku których pacjent nie zostanie zaszczepiony, ponieważ lekarz z zespołu mobilnego nie zakwalifikował go do szczepienia (względy medyczne) lub pacjent nagle wycofał zgodę na szczepienie.

 

Więcej dowiedzieć się o mobilnych zespołach szczepieniowych można na tej stronie.

 

Wciąż nie ma pewności czy zaszczepienie przeciwko COVID-19...

Fot.:WWW

Na zdjęciu: znak zapytania i koronawirusy.

Daje bezpieczeństwo nie tylko osobie zaszczepionej, ale i tym, z którymi ona się styka. Dlatego nawet po przyjęciu dwóch dawek szczepionki dalej wszystkich będzie obowiązywała ostrożność w kontaktach i nakaz noszenia maseczki.

Specjaliści zwracają uwagę, że zazwyczaj badania nad szczepionkami trwają ok. 10 lat, podczas gdy nad preparatami przeciwko COVID-19 pracowano zaledwie przez rok. To oznacza, że naukowcy pominęli wiele etapów, skupiając się na dwóch najważniejszych: czy szczepionka jest bezpieczna i czy jest skuteczna.

Badania producenta wykazały, że jest bezpieczna (m.in. po jej podaniu nie występują ciężkie działania niepożądane), skuteczna (po jej podaniu ludzie nie chorują na COVID-19 z ciężkim przebiegiem), ale wciąż otwarte jest pytanie, czy szczepionka jest w stanie neutralizować wirusa z błony śluzowej jamy ustnej i nosa, uniemożliwiając tym samym jego transmisję.

– Na zdrowy rozum niemożliwe jest, aby organizm zareagował w pierwszych sekundach po zaszczepieniu. A to oznacza, że kaszel czy kichnięcie może przenieść wirusa na osoby nieszczepione i zarażać je. Dlatego obecne wytyczne mówią, że osoby zaszczepione nadal muszą nosić maseczki i zachowywać dystans. Nie ma znaku równości między szczepieniem a zawieszeniem działań profilaktycznych. Dotyczy to także zaszczepionego personelu medycznego, ponieważ pielęgniarka czy lekarz, którzy mają kontakt z pacjentem covidowym mogą przenosić wirusa na zasadzie mechanicznej na skórze czy fartuchu – wyjaśnia dr Paweł Grzesiowski, doradca Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z COVID-19.

Kogo chroni szczepienie
Na razie nie wiemy, że dopuszczone w Unii Europejskiej szczepionki chronią (jak wskazuje producent obecnie używanej w Polsce szczepionki, czyli amerykańsko-niemieckie konsorcjum Pfizer/BioNTech) w ok. 95 procentach przed zachorowaniem na pełnoobjawowy COVID-19. Czy także przed samym zakażeniem SARS-CoV-2, które nie daje objawów, będziemy wiedzieć dopiero za jakiś czas.

– Oczywiście w badaniach klinicznych obserwowaliśmy zaszczepione osoby i ich rodziny i te badania pozwalają mieć na to nadzieję, ale to wciąż były tylko badania kliniczne, a my potrzebujemy sprawdzić to w życiu – mówi ekspert.

Zdaniem specjalistów dopiero uzyskanie odporności populacyjnej spowoduje, że będzie można zrezygnować z maseczek. Przy czym też trzeba być bardzo ostrożnym, bo już dzisiaj słyszymy o mutacjach, które mogą być mniej wrażliwe na nabytą odporność. A biorąc pod uwagę, że nie możemy mieć pewności, który wariant wirusa może nas zaatakować, jest za wcześnie, aby uznać, że szczepienie wyeliminuje inne formy ochronne przed wirusem.

– Wygląda na to, że czy to poszczepienna czy poinfekcyjna odporność nie da nam na razie pewności i może być tak, że przez pewien czas będziemy musieli utrzymać dotychczasowe zabezpieczenia, czyli częste dezynfekcje, utrzymywanie dystansu, noszenie maseczek – mówi dr Grzesiowski.

Po co się szczepić
Można więc zastanawiać się po co nam szczepienia, skoro nie dają pewności odnośnie roznoszenia wirusa. Jest przynajmniej jeden ważny powód.

– Szczepienia chronią nas przed objawowym i ciężkim przebiegiem choroby, podobnie jak szczepienia przeciwko pneumokokom czy rotawirusom. Dzięki nim liczymy na to, że osoba zaszczepiona nie trafi do szpitala i nie umrze z powodu zakażenia. Ale na odpowiedź, czy zaszczepieni będą nadal brali udział w łańcuchu zachorowań, wciąż nie umiemy odpowiedzieć – podsumowuje dr Grzesiowski.

Interdyscyplinarny zespół doradczy ds. COVID-19 przy Prezesie PAN w sprawie szczepionek przeciw COVID-19 opracował stanowisko, w którym specjaliści omawiają ryzyko i wyjaśniają dlaczego szczepienie jest jedynym racjonalnym wyborem, dzięki któremu będziemy mogli szybciej wyjść z pandemii.

„Nie wiemy jeszcze, jak długo utrzyma się silna odpowiedź odpornościowa i czy dwie dawki szczepionki wystarczą na następny rok, czy kilka lat. Jeżeli uzyskana odporność okaże się krótkotrwała, konieczna będzie modyfikacja strategii i podawanie dawek przypominających. Pomimo tych niewiadomych, nie ma wątpliwości, że jeżeli tylko szczepionka przeciw COVID-19 zostanie dopuszczona na rynek, to korzyści wynikające z jej przyjęcia przewyższają ryzyko z nią związane”- czytamy w stanowisku ekspertów zespołu PAN.

 

 

AI alarmuje: BOGATE KRAJE kupiły już ponad 80 proc. dostaw...

Fot.:pixabay.com

Na zdjęciu: mnóstwo popaczkowanych dolarów.

 

Szczepionek. A to oznacza, że biedne zaszczepią w tym roku tylko 1 na 10 osób - alarmuje Amnesty International. Ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 r. zostało już sprzedanych do bogatych krajów. Te zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby do końca roku zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie. Biedni sobie poczekają?

Jak najbardziej. Biedniejsze nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Blisko 70 krajów o niższych i średnich dochodach w tym roku zaszczepi tylko 1 na 10 swoich obywateli – wynika z danych Amnesty International. Organizacja podkreśla, że – zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka – na bogatszych państwach spoczywa odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami, a bez solidarności nie uda się zakończyć globalnej pandemii COVID-19. Według WHO będzie to możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji.

W krajach Europy masowe szczepienia przeciw COVID-19 ruszyły 27 grudnia. W sobotę Wielka Brytania poinformowała, że tylko w ciągu jednej doby zaszczepiono prawie pół miliona obywateli (do tej pory co najmniej jedną dawkę szczepionki przyjęło w sumie ponad 5,8 mln Brytyjczyków). Wśród krajów, które przodują w szczepieniach, jest też Izrael, który do tej pory zaszczepił ok. 25 proc. swojej populacji, a w ubiegłym tygodniu rozpoczął podawanie szczepionki młodzieży w wieku 16–18 lat.

W Polsce z kolei wykonano do tej pory ponad 707,5 tys. szczepień (niecałe 2 proc. populacji), a według rządowych zapowiedzi do końca marca mają one objąć ok. 3,1 mln Polaków. W sobotę pełnomocnik rządu Michał Dworczyk poinformował, że 3,1 mln szczepionek, które mają dotrzeć do Polski z końcem marca, zostały już w pełni rozdysponowane i w tej chwili nie ma już wolnych dawek. Dynamika szczepień w naszym kraju jest niewystarczająca, ale – jak uzasadnia rząd – ma to związek m.in. z tymczasowym ograniczeniem dostaw szczepionki Pfizera-BioNTechu do państw UE. Firma zapowiedziała, że czasowo ograniczy dostawy do krajów europejskich po to, żeby móc zwiększyć moce produkcyjne i nadrobić je w II kwartale.

– Nawet w Polsce, czyli w kraju członkowskim jednego z najbogatszych bloków gospodarczych na świecie, szczepienia na COVID-19 będą opóźnione ze względu na trudności z wyprodukowaniem odpowiedniej liczby dawek szczepionki. To pokazuje, że kraje najbiedniejsze zapewne będą musiały czekać jeszcze wiele miesięcy, jeśli nie lat, aby móc zaszczepić swoich obywateli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak wskazuje, według realistycznych prognoz część krajów afrykańskich będzie mogła przeprowadzić szczepienia na masową skalę dopiero w 2023 r. To oznacza, że jeszcze przez co najmniej kolejne dwa lata będą dotknięte medycznymi, społecznymi i gospodarczymi skutkami obecnej pandemii.

– Jednocześnie one cały czas będą zagrożeniem epidemiologicznym dla innych krajów, dlatego że wirus mutuje. Mówimy nie tylko o mutacji wirusa w Wielkiej Brytanii, ale też o nowych szczepach – prawdopodobnie bardziej zaraźliwych – które pojawiły się w Republice Południowej Afryki, ostatnio w Brazylii. Dlatego wyszczepienie jak największej liczby ludzi na świecie jest konieczne do tego, żeby zapewnić bezpieczeństwo epidemiologiczne – podkreśla dr Wojciech Wilk.

Według Światowej Organizacji Zdrowia osiągnięcie zbiorowej odporności będzie możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji. Jeżeli część państw pozostanie bez dostępu do szczepień, nie uda się zakończyć globalnej pandemii, bo wirus cały czas będzie się rozprzestrzeniać.

– Nie wystarczy, że zaszczepimy ludność Europy, a o wszystkich poza Europą możemy zapomnieć, bo to jest choroba zakaźna. W latach 70. udało się wyeliminować ospę, bo szczepienia objęły cały świat. Podobnie teraz, żeby wyeliminować COVID-19, szczepienia też muszą objąć cały świat – podkreśla prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak podaje Amnesty International, bogate kraje zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie do końca 2021 roku. Przoduje Kanada, która wykupiła taką liczbę dawek, która pozwoliłaby zaszczepić każdego obywatela pięć razy. Z kolei UE zakontraktowała dotąd w sumie blisko 2,4 mld dawek, z czego do Polski w ramach wspólnego mechanizmu zakupowego ma trafić 60 mln.

Według danych międzynarodowej organizacji Oxfam bogate kraje – reprezentujące zaledwie ok. 13 proc. światowej populacji – kupiły do tej pory 53 proc. wszystkich przyszłych, najbardziej obiecujących szczepionek. Z kolei od listopada ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 rok zostało już sprzedanych do bogatych krajów.

Tymczasem 67 państw (w tym m.in. Kenia, Birma, Nigeria, Pakistan i Ukraina) o niższych i średnich dochodach pozostaje daleko w tyle. Według Amnesty International w całym przyszłym roku będą one w stanie zaszczepić na COVID-19 tylko 1 na 10 swoich obywateli, o ile przemysł farmaceutyczny i rządy innych państw nie zapewnią im właściwej pomocy.

– Tutaj wyzwania są trzy. Po pierwsze, kwestie wyprodukowania odpowiedniej liczby dawek szczepionki. Po drugie, możliwości zakupu tych szczepionek przez najbiedniejsze kraje świata. One nie są drogie, np. szczepionka Pfizera kosztuje ok. 40 dol., czyli ok. 160 zł za dwie dawki. Ale w przypadku stumilionowej Etiopii przekłada się to już na dość duże koszty. Pamiętajmy, że PKB krajów afrykańskich, czyli wielkość całej ich gospodarki, jest porównywalna do PKB jednego polskiego województwa. Zatem z naszego polskiego punktu widzenia te stosunkowo nieduże koszty związane z zakupem szczepionek dla krajów afrykańskich są niesamowicie wysokie – mówi dr Wojciech Wilk.

Jak podkreśla, trzecim wyzwaniem jest nie tylko sam zakup szczepionek, ale również koszty związane z ich transportem i dystrybucją.

– Ogromne nakłady muszą być wyłożone na proces szczepienia, nie tylko personel medyczny, który musi podać te szczepionki całej populacji, lecz także m.in. na proces transportu. Szczepionka Pfizera musi być przechowywana w -70 stopniach Celsjusza. W przypadku większości krajów afrykańskich jest praktycznie niemożliwe, żeby dostarczyć ją do terenów położonych w głębi lądu – mówi .

Prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej wskazuje, że wiele krajów afrykańskich na skutek przedłużającej się pandemii i lockdownu może wejść w fazę głębokiego kryzysu gospodarczego, co pociągnie za sobą kolejne wojny domowe i kryzysy humanitarne na całym kontynencie.

– Jeżeli zapaść w ruchu turystycznym i handlu międzynarodowym będzie trwała jeszcze rok, to wiele z tych krajów wejdzie w fazę naprawdę głębokiego kryzysu, który może skutkować powstaniem nowych zarzewi wojen domowych. Na przykład w Libanie widzimy, jak kryzys gospodarczy bardzo szybko przekształca się w kryzys polityczny, a na to nakłada się jeszcze pandemia COVID-19 i kryzys uchodźców syryjskich – zaznacza.

Amnesty International wskazuje, że zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka wszystkie kraje mają obowiązek współpracować w odpowiedzi na pandemię, a na bogatszych państwach spoczywa szczególna odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami. Tymczasem w tej chwili część rządów skupia się wyłącznie na zapewnieniu szczepionek własnym obywatelom, gromadząc liczbę dawek pozwalającą na zaszczepienie ich po kilka razy, podczas gdy biedne państwa nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Co istotne, ich obywatele są też w większym stopniu narażeni na zakażenie COVID-19, m.in. z powodu niedoboru wody pitnej, żywności i ograniczonego dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej.

– Zaszczepienie ludności najbiedniejszych krajów na świecie jest moralnym obowiązkiem, przede wszystkim władz tych krajów, ale i wszystkich tych, którzy z tych szczepionek skorzystali i są w stanie pomóc finansowo czy z punktu widzenia humanitarnego – podkreśla – dr Wojciech Wilk. – Ten proces będzie trwać, ale w naszym własnym interesie jest to, aby szczepionka jak najszybciej dotarła do ludzi najbardziej potrzebujących – szczególnie do uchodźców mieszkających w przepełnionych obozach, gdzie panują bardzo ciężkie warunki życia i inne choroby, nie tylko COVID-19. Na przykład na granicy tureckiej – czyli tysiąc kilometrów od granicy UE – są obozy, gdzie na 1 mkw. przypada ponad 3 tys. osób. Łatwo sobie wyobrazić, jak ogromny będzie koszt ludzki i jak wiele osób może pochłonąć pandemia w obozach dla uchodźców, zanim tam dotrze szczepionka

 

Gdy nie pomaga respirator, pora na terapię ostatniej szansy

Fot.:iStock

Na zdjęciu: płuco-serce ECMO przy szpitalnym lóżku.

Zewnątrz ustrojowe utlenowanie krwi, czyli ECMO nie leczy, ale może uratować życie, dlatego mówi się o nim, jako „terapii ostatniej szansy”. Stosuje się ją od lat, ale w czasie pandemii COVID-19 stało się o nie głośno. W kryzysowych sytuacjach, gdy nie pomagał respirator, sięgano po ECMO.

Choć lekarze stosują je od lat, o ECMO stało się głośno w dzisiejszych czasach pandemii COVID-19. Gdy nie pomagał już nawet respirator, sięgano właśnie po ECMO.

Czym jest ExtraCorporeal Membrane Oxygenation?

To technika pozaustrojowego utlenowania krwi. Ze względu na to, że system ten można wykorzystać również do wspomagania krążenia, zamiennie używany jest skrót ECLS oznaczający ExtraCorporeal Life Support. System ECLS/ECMO to pozaustrojowy układ zawierający pompę oraz oksygenator, pozwalający zastąpić przez pewien czas pracę płuc i/lub serca. Zastosowanie tego urządzenia samo w sobie nie leczy niewydolnego narządu, ale daje czas potrzebny do wyzdrowienia. Technika ECMO jest bardzo inwazyjną i ryzykowną terapią i powinna być rozważona wobec wyczerpania innych sposobów leczenia, takich jak zaawansowane techniki wentylacji, leki wspomagające pracę płuc i serca, gazy wpływające na krążenie płucne czy zmiany ułożenia chorego.

– W kardiochirurgii to urządzenie jest wykorzystywane od lat w leczeniu ciężkich chorób układu krążenia. W momencie, kiedy nastąpiła pandemia, natychmiast pokazało ono swoje nowe zastosowanie. Podłącza się je u pacjentów w krytycznym etapie chorób. Trwa proces zbierania ogromnej wiedzy dotyczącej leczenia za pomocą ECMO nowej jednostki chorobowej, jaką jest COVID-19 – mówi Newserii Innowacje dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirurg i prezes zarządu Quantum Innovations.

W procedurze ECMO krew pacjenta jest pobierana przez kaniulę, wprowadzana do urządzenia i oddawana z powrotem już natlenowana. Samo urządzenie wyglądem przypomina walizkę o wymiarach 60 na 40 cm. Podpięty jest do niego ekran, na którym wyświetlają się funkcje życiowe pacjenta. Do leczenia za jego pomocą choroby COVID-19 kwalifikowani są pacjenci z ciężkim uszkodzeniem płuc, u których nie byłoby skuteczne podłączenie respiratora.

– Jak wiadomo, wirus uszkadza płuca. W momencie kiedy to uszkodzenie jest jeszcze niewielkie, wystarczy leczenie wspomagające – podawany tlen, a później leczenie respiratorem, czyli mechaniczną wentylacją. Natomiast u dużej części tych pacjentów zniszczenie płuc jest tak duże, że nie ma już możliwości wprowadzania tlenu do organizmu poprzez płuca, czyli poprzez mechaniczną wentylację poprzez respirator – tłumaczy dr Suwalski.

Procedurę ECMO w leczeniu COVID-19 stosuje m.in. Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Od października udało się dzięki niej uratować życie pięciu pacjentom. Z kolei Narodowy Instytut Kardiologii Stefana kardynała Wyszyńskiego w Aninie powołał mobilny zespół ECMO. Może on zaimplantować urządzenie w ośrodkach prowadzących terapię chorych na COVID-19. Po podłączeniu chorego do urządzenia zespół zapewnia ciągłe wsparcie online, a w razie potrzeby również na miejscu.

– Pandemia przebiega w sposób krytycznie szybki. Wiedza, która teraz jest zbierana, w ciągu roku, najwyżej półtora, zaowocuje nowymi koncepcjami, nowymi pomysłami urządzeń. Zebrana wiedza pokaże, gdzie są problemy, a następnie zrodzą się koncepcje i ruszą projekty, które będą te koncepcje weryfikować pod kątem ich skuteczności i bezpieczeństwa. Kiedy to się stanie, ruszą innowacje sprzętowe, być może pojawią się nowe urządzenia do oksygenacji lub inne, które będą wspomagały procesy decyzyjne – przewiduje kardiochirurg.

Potrzeba opracowania odrębnych procedur dla leczenia krytycznie chorych na COVID-19 jest tym większa, że z uwagi na priorytetowe traktowanie tej choroby cierpią pacjenci zmagający się z innymi schorzeniami. Z badań opublikowanych na stronie American Heart Association wynika, że w Anglii po wybuchu pandemii koronawirusa aż o połowę zmniejszyła się liczba hospitalizacji z powodu ciężkiego zawału serca. Jednocześnie o 56 proc. zwiększyła się częstość występowania pozaszpitalnego zatrzymania krążenia. Polscy lekarze nie obserwują takich tendencji, ale dostrzegają objawy niewydolności służby zdrowia w wyniku obciążenia pandemią.

– Wirus SARS-CoV-2 nie powoduje zawałów serca, nie ma bezpośredniego połączenia. Robi on dużo gorszą rzecz. Wpływa potwornie na system ochrony zdrowia, który jest poddany dużemu obciążeniu i często nie jest w stanie w idealny sposób zapewnić leczenia zawałów serca, które dzieją się ze swoją własną dynamiką – podkreśla dr Suwalski. – Leczenie, które jest najlepsze w ostrym zawale serca, to jest leczenie inwazyjne. Często bywa ono niestety odraczane, chociażby dlatego że pacjenci boją się zgłosić do szpitala czy wezwać pogotowie. Przez pandemię leczenie zawału serca nie jest optymalne. Jest takie jak 15 lat temu, czyli nie jest oparte na szybkich inwazyjnych technikach. Wiele szpitali apelowało o to, żeby nie lekceważyć objawów innych chorób...

Jak dodaje, lekarze obserwują też coraz więcej przypadków nieleczonego zawału serca, który od kilkunastu lat był schorzeniem o znaczeniu marginalnym.

Z kolei z danych Rejestru Stanu Cywilnego wynika, że w ubiegłym roku drastycznie wzrosła liczba zgonów. W całym 2020 roku w Polsce zmarło ponad 475 tys. osób. Dla porównania w 2019 roku było to około 401 tys. osób. W przeliczeniu na liczbę zgonów w stosunku do liczebności populacji zanotowaliśmy najgorszy wynik od 1951 roku

– Trzeba jak najszybciej zdławić pandemię poprzez szczepienia. Nie ma innego wyjścia, to jest absolutnie najlepsze rozwiązanie. Nie lekceważyć objawów sercowo-naczyniowych. Należy korzystać z przeciążonego, ale jednak cały czas aktywnego systemu ochrony zdrowia. Wszystkie dolegliwości, które kojarzymy z układem sercowo-naczyniowym, musimy traktować tak, jakby nie było pandemii – apeluje Grzegorz Suwalski.

 

Konsultanci krajowi o kwalifikacji do szczepień przeciw C-19

Fot.:pixabay.com

Na zdjęciu: SARS-CoV-2 i szczepionka.

Badania fizykalne podchodzących do szczepienia się przeciw COVID-19 winno się przeprowadzać w sytuacji koniecznej. Zasadniczo konsultanci rekomendują ograniczenie kwalifikacji do przeprowadzenia wywiadu lekarskiego z pacjentem.

„Mając na uwadze konieczność wykonania szczepienia u maksymalnie dużej liczby osób w możliwie najkrótszym czasie, rekomendujemy ograniczenie w kwalifikacji do szczepienia osób dorosłych jedynie do zebrania wywiadu. Osoba poddająca się szczepieniu wypełnia kwestionariusz, w gabinecie szczepień dokonywany jest pomiar temperatury ciała, lekarz w czasie wizyty analizuje odpowiedzi na pytania zawarte w kwestionariuszu. Jeżeli stan zdrowia pacjenta i odpowiedzi są jednoznaczne i nie budzą wątpliwości, osoba może zostać zaszczepiona” - to cytat z rekomendacji konsultanta krajowego wd. medycyny rodzinnej, konsultanta krajowego wd. pediatrii, Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej i Polskiego Towarzystwa Wakcynologii w sprawie sposobu kwalifikacji osób dorosłych do szczepień masowych przeciwko COVID-19:

Do kwalifikacji do szczepień przeciw COVID-19 uprawnieni są wszyscy lekarze posiadający prawo wykonywania zawodu.

Badanie fizykalne osób zakwalifikowanych do szczepienia powinno być przeprowadzone zawsze w przypadku wątpliwości co do stanu zdrowia badanego. Korzyści z szybkiego zaszczepienia większej liczby osób znacznie przewyższają ryzyko związane z warunkowym odstąpieniem od badania fizykalnego przez lekarza w sytuacji epidemii i potrzeby masowych szczepień. Uproszczona procedura kwalifikacji do szczepienia nie oznacza zgody na wykonywanie szczepień poza odpowiednio wyposażonym miejscem, gdzie jest możliwość udzielenia natychmiastowej, fachowej pomocy w razie wystąpienia niepożądanego odczynu poszczepiennego, w tym ciężkiej reakcji anafilaktycznej.

Autorami rekomendacji są:
• dr hab. n. med. Agnieszka Mastalerz-Migas, konsultant krajowy wd. medycyny rodzinnej,
• prof. dr hab. n. med. Teresa Jackowska, prezes Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej,
• dr hab. n. med. Ernest Kuchar, konsultant krajowy w dziedzinie pediatrii i przewodniczący Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.

Szczepienia rozpoczęto w Polsce 27 grudnia. Pierwsi zostali zaszczepieni pracownicy służby zdrowia oraz domów pomocy społecznej. Z porannych danych z czwartku (21 stycznia) podanych pod rząd wynika, że szczepionkę COMINRATY produkcji amerykańsko-niemieckiego konsorcjum Pfizer/BioNTech przyjęło 591 tys. osób, w tym drugą dawkę – 24 991.

Oto liczby pokazujące, ile osób w poszczególnych województwach jest już „po szczepieniach”:

dolnośląskie – 2588 • kujawsko-pomorskie – 1662 • lubelskie – 1301 • lubuskie – 675 łódzkie – 1924 • małopolskie – 1967 • mazowieckie – 2679 • opolskie – 991 • podkarpackie – 1137 • podlaskie – 909 • pomorskie – 1597 • śląskie – 2352 • świętokrzyskie – 532 warmińsko-mazurskie – 737 • wielkopolskie – 2750 • zachodniopomorskie – 1190.

Rejestracja na szczepienie przeciwko COVID-19 jest prowadzona poprzez:
 stronę internetową,
• infolinię pod numerem 989 (mogą być trudności z dodzwonieniem się),
osobistą rejestrację w punkcie szczepień.

 

Można załamać się się przez tę pandemię, lekko nie będzie

Fot.:pixabay.com

Na zdjęciu: przestraszony mężyczyna.

Jak oceniasz swoją kondycję psychiczną w czasie zarazy SARS-CoV-2/COVID-19? Czy jesteś wśród 70 proc. Polaków zmagających się z negatywnymi skutkami pandemii, a 46 proc. odczuwających obciążenie psychiczne przynajmniej raz w tygodniu? Tak wynika z badania „Kondycja psychiczna Polaków”. Specjaliści alarmują, że jedną z długotrwałych konsekwencji pandemii będzie pogorszenie zdrowia psychicznego Polaków, a najbardziej odczują to osoby starsze i samotne. Wydaje się, że jest to tzw. wołanie na puszczy.

Przy okazji wyjaśnijmy, że nie chodzi o puszczę jako las, ale, jak to było w staropolskim, o pustynię. Związek frazeologiczny, który pokazuje, że głos rozsądku, trwogi itp. nie jest przez nikogo słyszany. Wracając to tematu:

– Liczba osób w potrzebie jest tak duża, że nasza społeczność może w końcu zaakceptować fakt, że pójście do psychiatry nie jest niczym złym – prognozuje psycholog Krzysztof Tokarski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. – Kiedy pandemia się skończy, będziemy musieli wyjść z traumy spowodowanej sytuacją z ostatniego roku: codziennymi lękami, niepewnością, konfliktami, które narastały między ludźmi w rodzinach i związkach. Konflikty będą skutkowały rozwodami, rozpadem rodzin, zerwaniem związków, więzi zawodowych i kłopotami w pracy. Z tym będziemy się musieli mierzyć jako psychologowie przez najbliższe lata.

Czarna rysuje się przyszłość przed nami, jeśli rację ma psycholog.

Z badania „Kondycja psychiczna Polaków” wynika, że w 2020 roku ponad 70 proc. badanych odczuwało w swoich nastrojach negatywne skutki pandemii COVID-19. Respondenci przyznają, że odczuwali lęk i niepokój (36 proc.), strach, a nawet przerażenie (31 proc.), smutek i przygnębienie (16 proc.) w odniesieniu do sytuacji związanej z koronawirusem.

Problem pogorszenia zdrowia psychicznego Polaków pokazuje także raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” opublikowany przez Koalicję Bezpieczni w Pracy. Według statystyk prawie trzech na czerech badanych zaczęło doświadczać różnych schorzeń od czasu wybuchu pandemii. Co trzeci badany wspomina o uczuciu lęku i niepokoju. U 31 proc. pracowników pojawiły się zaburzenia nastroju, a co czwarty badany zadeklarował, że zaczął doświadczać zaburzeń snu, bólu głowy lub pleców bądź kręgosłupa. Podobnie jest także w innych krajach. Z ankiety Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wynika, że ponad połowa społeczeństwa w siedmiu badanych krajach (Kolumbia, Liban, RPA, Szwajcaria, Ukraina, Filipiny i Wielka Brytania) odczuwa negatywne skutki pandemii dla ich zdrowia psychicznego.

– Co nas nie zabije, to nas wzmocni, takie panuje powszechne przekonanie, ale jest ono mitem. Uodparnianie się na stresy i lęki jest okupione bardzo wysokim kosztem psychologicznym – prostuje gdański psycholog.

Tym bardziej, że świadomość społeczna o zdrowiu psychicznym jest bardzo niska, co może prowadzić do wykluczenia społecznego pewnych grup. Wprawdzie 40 proc. Polaków deklaruje, że gdyby obciążenie psychiczne zdarzało się częściej niż raz w tygodniu, udaliby się do psychologa lub psychiatry, jednak osoby zmagające się z zaburzeniami często nie są tego świadome lub wstydzą się skorzystać z pomocy. Lepiej z pomocą lekarza dojść do siebie w ciągu kilku miesięcy, niż próbować sobie radzić z nerwicami i depresją samodzielnie przez znacznie dłuższy czas

 

Kobieto, nie bój się tylko covida, bój się także raka!

Fot.:pixabay.com

Na zdjęciu: nowoczesny mammograf.

Lekarze alarmują: ze strachu przed zakażeniem koronawiursem i zachorowaniem na COVID-19 coraz mniej kobiet zgłasza się na badania mammograficzne i cytologiczne. Zdaniem aktorek, Anny Iberszer i Darii Widawskiej, obawa przed koronawirusem nie powinna być powodem rezygnacji z profilaktyki. Regularnie wykonywane badania pozwalają bowiem wykryć chorobę onkologiczną we wczesnym stadium rozwoju, kiedy istnieje największa szansa na podjęcie skutecznego leczenia.

W obawie przed zakażeniem koronawirusem pacjenci unikają wizyt u lekarza, a efekt zaniedbań jest taki, że do poradni onkologicznych zgłasza się coraz więcej osób z zaawansowanym stadium choroby i często nie ma już dla nich żadnego ratunku. W Polsce z powodu schorzeń nowotworowych rocznie umiera 100 tys. osób. Onkolodzy biją więc na alarm: jeśli pacjenci nie wrócą do lekarzy, nie będą się diagnozować i nie będą korzystać z profilaktyki, rak będzie zbierał coraz większe żniwo. Do tego apelu przyłączają się aktorki: Daria Widawska i Anna Iberszer.

Bójcie się raka!
– Z jednej strony rozumiem to, że coraz mniej kobiet zgłasza się na badania, bo obawiają się zarażenia COVID-em, ale jednak schorzenie onkologiczne jest równie ważne, jeżeli nie ważniejsze. Z tego, co wiem, umieralność na raka jest zdecydowanie wyższa niż na COVID-19, w związku z tym wydaje mi się, że powinnyśmy się badać, jeżeli zauważymy jakąkolwiek zmianę w swoim organizmie albo że się gorzej czujemy, bo to czasami też jest taka oznaka. Trzeba pamiętać, że sytuacja zagrożenia onkologicznego jest również bardzo, bardzo niebezpieczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Daria Widawska.

– Strach przed zakażeniem koronawirusem jest większy niż strach przed jakimkolwiek innym schorzeniem. W tym strachu nie robimy podstawowych badań, które kiedyś robiliśmy, i nie zwracamy uwagi na zmiany, które mogą być spowodowane jakąkolwiek inną dolegliwością czy ciężką chorobą. Niemniej ja wszystkie swoje koleżanki zachęcam, żeby jednak nie zaprzestawały badań, dlatego że pandemia, miejmy nadzieję, przejdzie, a problem raka piersi pozostaje. Oczywiście łatwo mówić, ale bardzo często jest to trudne do wykonania, bo w tej chwili mamy utrudniony dostęp do szpitali, do placówek medycznych, gdzie takie badanie można wykonać – podkreśla Anna Iberszer.

Kontroluj zdrowie
Pierwszy lockdown na wiele miesięcy sparaliżował służbę zdrowia, programy profilaktyczne zostały wstrzymane, a mammobusy nie wyjeżdżały w teren. Po przerwie profilaktyka powróciła. Wszystko odbywa się z zastosowaniem środków ostrożności, sprzęt używany do badania jest każdorazowo dezynfekowany, a personel przeszedł odpowiednie szkolenia. Badania mammograficzne czy też cytologiczne są więc nie tylko konieczne, ale także bezpieczne.

– Chyba bardziej bałabym się raka niż koronawirusa, ponieważ miałam z tym styczność w swojej rodzinie, wiem, z czym to się wiąże, wiem, jakie są konsekwencje – mojej mamy nie ma wśród nas. Trudno mi ważyć, co jest groźniejsze i nie chciałabym tu występować w roli eksperta, natomiast generalnie dbałość o swoje zdrowie jest naszym nadrzędnym obowiązkiem. Nie chciałabym narazić swoich dzieci, swojego męża i całej mojej rodziny na to, aby zmagali się z moją chorobą, jeżeli byłaby to choroba onkologiczna. W związku z tym badałabym się, bo nie jest tak, że każdy, który idzie się zbadać pod kątem onkologicznym, od razu będzie zarażony koronawirusem. Natomiast jakakolwiek zmiana, jakiekolwiek odstępstwo od normy powinno być natychmiast diagnozowane – mówi Daria Widawska.

Niezależnie od sytuacji warto mieć kontrolę nad swoim zdrowiem. Dlatego też Anna Iberszer zachęca kobiety do samobadania piersi. Powinno się je wykonywać raz w miesiącu, najlepiej między szóstym a dziewiątym dniem cyklu.

– Małe zmiany zostaną wykryte przez mammografię czy przez USG piersi, natomiast większe zmiany, ale na tyle małe, że da się jeszcze je opanować, możemy właśnie same odkryć, dotykając swoje piersi i badając je w zaciszu domowym, czy to na kwarantannie, czy w strachu przed wyjściem z domu, ale to możemy zrobić dla siebie. Okoliczności są takie, a nie inne, ale trzeba żyć. Trzeba wziąć oddech, myśleć pozytywnie i robić wszystkie te badania, które możemy zrobić sami w domu, i wszystkie te, które jeszcze do tej pory nam służba zdrowia umożliwia – mówi aktorka.

Wcześniej znaczy lepiej
Diagnoza choroby nowotworowej we wczesnym stadium, kiedy zmiany są niewielkie, daje prawie 100-procentową szansę na wyleczenie.

– Każdą kobietę namawiam do badań w ten sam sposób. Bo nasz brak zadbania o siebie sprawia, że kiedy odkryjemy jakąś zmianę miesiąc czy dwa miesiące za późno, to wtedy mamy gorzką refleksję – zauważa Anna Iberszer. – Za każdym razem, jak czytam o osobach, które zachorowały na raka piersi czy w ogóle na jakąkolwiek chorobę, to pierwsze, co one mówią, to: dlaczego ja byłam taka głupia, dlaczego wcześniej paliłam papierosy, dlaczego wcześniej się nie badałam, dlaczego nie korzystałam z życia?.

 

Ludzie boją się covida i boją się... szczepionek przeciw C-19

Fot.:KPRM

Na zdjęciu: ekran z założeniami Narodowego Programu Szczepień przeciw COVID-19.

Obserwując w ostatnich tygodniach media można odnieść wrażenie, że jest popyt na szczepionki przeciw COVID-19, tylko podaż (z różnych przyczyn) jest ograniczona. Bliższe prawdy jest to drugie.

W tym roku nie przeprowadzono jeszcze reprezentatywnych badań opinii społecznej o nastawieniu obywateli RP do szczepień antycovidowych. Ostatnie takie badania przeprowadzono w grudniu (Warszawski Uniwersytet Medyczny oraz ARC Rynek i Opinia).

Wynika, że tylko 17 proc. Polaków oświadczyło, że zamierza się zaszczepić na COVID-19 tak szybko, jak to będzie możliwe, a 23 proc. dopiero po jakimś czasie.

Zbliżone opinie społeczeństwo wyrażało w czerwcu.

Wówczas 38 proc. ankietowanych stwierdziło, że w ogóle nie zamierza się szczepić, a co piąty nie miała zdania na ten temat. Dużo bardziej sceptyczne wobec szczepień są kobiety – tylko 11 proc. z nich chce się zaszczepić w pierwszym możliwym terminie, a 45 proc. nie zamierza się szczepić w ogóle.

W przypadku mężczyzn odsetek chętnych, którzy chcą skorzystać ze szczepienia możliwie szybko, jest znacznie wyższy, bo wynosi 24 proc., a 32 proc. ankietowanych panów deklaruje, że nie podda się szczepieniu.

Skąd taki sceptycyzm? Eksperci uważają, że może być on efektem fake-newsowych publikacji o NOP-ach (niepożądanych odczynach poszczepiennych) zamieszczanych w internecie na temat możliwych powikłań poszczepiennych.

– Te informacje tumanią ludzi i przypominają okres średniowiecza. Nie możemy sobie na to pozwolić, bo to oznacza cofanie się ludzkości o 200–300 lat, jakby nie było dokonań naukowych, które są przecież powszechnie znanym zjawiskiem. Informacje na temat kodu czy materiału genetycznego, z którym rzekomo ma się łączyć koronawirus, to oczywiście bzdura – ocenia dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Podobnie ocenia informacje na temat różnych działań niepożądanych, chociażby działania przeciwko płodności.

– Są one rozpowszechniane przez przeciwników szczepień, którzy chcą na tym zbić kapitał. To nie powinno w ogóle mieć miejsca. Z jednej strony mamy bardzo ciężką chorobę, a z drugiej strony mamy narzędzie antycovidowe, którego się dramatycznie boimy. To nie ma sensu – kwituje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Michał Sutkowski.

 

NRL chce włączenia chorych onkologicznie do etapu ZERO

Fot.:WPR

Na zdjęciu: przychodnia dla pacjentów chorych onkologicznie.

Chodzi oczywiście o priorytetowe szczpienia przeciw COVID-19. I dlatego prezes Naczelnej Rady Lekarskiej prof. Andrzej Matyja zwrócił się do premiera Mateusza Morawieckiego o pilną modyfikację przepisów rozporządzenia z 14 stycznia 2021 r. zmieniającego rozporządzenie w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii.

W piśmie do prezesa Rady Ministrów prezes Naczelnej Rady Lekarskiej podkreśla, że należy bezwzględnie umożliwić szczepienie chorych onkologicznie, w szczególności pacjentów z chorobami układu limfatycznego i krwiotwórczego, w ramach etapu 0 Narodowego Programu Szczepień.

Ich stan zdrowia oraz dynamika rozwoju choroby wymagają, aby mogli skorzystać ze szczepień przeciwko COVID-19 w najbliższym możliwym terminie – podkreśla prof. Matyja.

Jego zdaniem, z podobnych względów, należy umożliwić lekarzowi wnioskowanie o zaszczepienie leczonego pacjenta poza kolejnością, określoną w poszczególnych etapach Programu, w sytuacjach, gdy znajduje to uzasadnienie stanem zdrowia pacjenta wynikającym dokumentacji medycznej.

 

 

By potem było więcej szczepionek, to teraz musi ich być... mniej

Fot.:pixabay.com

Na zdjęciu: strzykawka w dłoni.

Gdy Pfizer/BioNTech wróci do wcześniejszego harmonogramu dostaw szczepionki Comiranty, to wtedy będzie ustalony harmonogram dystrybucji szczepionki na najbliższe tygodnie – poinformował Michał Kuczmierowski, prezes Agencja Rezerw Materiałowych. Zmniejszone dostawy wynikają ze zmian technologicznych przeprowadzanych w europejskiej fabryce amerykańskiego koncernu.

W piątek (15 stycznia) Pfizer i BioNTech zakomunikowały, że opracowały plan, który pozwoli na zwiększenie mocy produkcyjnych w Europie. By jednak to osiągnąć, konieczne zmiany w procesów produkcyjnych w zakładzie w Puurs w Belgii. To z kolei wiąże się z tymczasowym zmniejszeniem liczby dawek dostarczanych w tygodniu od 18 do 24 stycznia. Dzień później mają rozpocząć się szczepienia seniorów 80+. Prezes ARM, ma nadzieję, że „Do tego czasu będziemy mieli potwierdzony nowy harmonogram dostaw. Na razie nie planujemy takich zmian”.

Koncern miał przekazać odpowiedź w piątek. W poniedziałek (z rana) jeszcze jej nie było, a ARM spodziewa się ją otrzymać „w każdej chwili”.

– To informacja, która pozwoli nam zaplanować szczepienia w najbliższych tygodniach – podkreśla prezes Kuczmierowski w wypowiedzi dla Polskiej Agencji Prasowej.

Wskutek zmian technologicznych wprowadzanych w belgijskiej fabryce producenta szczepionki Comiranty (jedynej, jak na razie, u nas dostępnej), w poniedziałek do Polski dotarło 180 tys. dawek.

To o ponad połowę mniej niż było wcześniej zaplanowane. ARM zapewnia, że są zabezpieczone szczepionki dla osób, które wkrótce mają przyjąć drugą dawkę Comiranty. Problem techniczne Pfizera skutkują tym, że trzeba było dokonać korekty w szczepieniach grupy zero. – Konkretnie tych osób z tej grupy, które dopiero mają dostać pierwszą dawkę. Mam nadzieję, że w tym tygodniu będziemy mieli informację o nowych dostawach i wtedy będziemy mogli przeplanować harmonogram szczepień tej grupy – wyjaśnia prezes Kuczmierowski.

W piątkowym komunikacie Pfizer/BioNTech zapowiedział, że chce wrócić do pierwotnego harmonogramu dostaw do UE od 25 stycznia, a dostawy zostaną zwiększone od 15 lutego. Szefowie resortów zdrowia Szwecji, Danii, Finlandii, Litwy, Łotwy i Estonii wydali specjalne oświadczenia, w których zaistniałą sytuację oceniają jako „nie do przyjęcia”, „godnym pożałowania zaskoczeniem” i „zagrożeniem dla wiarygodności programu szczepień”. Z tym ostatnim stwierdzeniem, nieco wyrażonym przesadnie, można polemizować. Nie podlega dyskusji to, że jeśli dostawy są mniejsze, to i mniej ludzi z nich skorzysta.

 

Wieści

Ostatnie wideo

Podziękowania

Podziękowania dla ZRM S04 24 :-)

3 grudnia 2020

POBIERZ poradnik ćwiczeń dla pocovidowców i WYDRUKUJ

10 listopada 2020

Od Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Katowicach

3 listopada 2020

Z okazji DRM od Komendy Wojewódzkiej Policji

16 października 2020

Strażacy ratownikom z okazji DRM

15 października 2020

Prezydent Katowic z życzeniami dla ratowników

15 października 2020

Życzenia na DRM od wiceministra zdrowia

15 października 2020